czwartek, 27 grudnia 2012

#05 Migawki z Chin

Właściwszym byłoby nazwać ten wpis Migawki z Fabryki. Tym razem kilka zdjęć z chińskiej montowni. Kilkanaście dużych pomieszczeń, w których pracuje po kilkadziesiąt osób. Każdy odpowiada za inny cykl montażowy, od wmontowania prostego elementu, przez dokręcenie śrubki, do tzw. quality control - testu jakości montażu. W większości sal pracowały wyłącznie kobiety. Znacznie ciekawsze od samych fabryk wydawały się robotnicze osiedla zlokalizowane przy nich. Tam jednak znacznie trudniej było zrobić zdjęcie bez przeganiania. 

Jedna z linii montażowych.

Kolejny etap.


Finalny test jakości.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

No i weź tu gadaj z dzieckiem...

Błoto spod pędzącego przede mną samochodu zawala mi całą szybę tak, że nic nie widać, światła pojazdów jadących z naprzeciwka zamieniają się w oślepiające refleksy a brak płynu do spryskiwaczy podnosi poziom trudności z 'normal' na 'nightmare'. Tak oto jadę z moją starsza córą na wigilijny koncert do ogniska muzycznego.

- A ty tam grasz na czymś Marta?
- Tak. Na pianinie.
- Na pianinie? - omal nie wypuściłem kierownicy z rąk, zszokowany takim wyznaniem.
- Tak.
- Ale jakąś melodię?
- Nie tata. Tylko dźwięki.
- Jakie dźwięki?
- Różne.
- Aha. A coś przy tych dźwiękach śpiewasz?
- No pewnie, tata.
- A co?
- Nie wiem. Nie pamiętam tekstu...

niedziela, 16 grudnia 2012

wtorek, 11 grudnia 2012

Kartek szelest...

Dla wszystkich, którzy wciąż jeszcze cenią sobie popołudniowo-wieczorny szelest kartek nad brzdąkanie przycisków w czytniku e-booków (i znajdują na to czas), garść świeżych rekomendacji:

1. Julian Barnes, Arthur & George 
Koniecznie, bo to wyborna, wielowarstwowa lektura o wszystkim, co w życiu ważne. I na dodatek nie sposób się nudzić.

2. Mario Vargas Llosa, Listy do młodego pisarza
Nie daj się nabrać na notkę wydawcy i nawet jeśli kochasz prozę Llosy - odpuść sobie. Chyba, że zamierzasz w najbliższym czasie studiować literaturę.

3. Eduardo Mendoza, Prześwietny raport kapitana Dosa.
Komedia nie do końca absurdalna, szczególnie kiedy zdasz sobie sprawę, że bliżej jej do rzeczywistości niż to się na pozór wydaje.

4. Ian Rankin, Otwarte drzwi
Akcja rwie do przodu tak, że nawet nie zauważysz kiedy skończysz ją czytać. Tym bardziej, że wydawca zdecydował się na litery wielkości piłek golfowych i podwójną interlinię.

sobota, 8 grudnia 2012

Śniegowisko

Z taką właśnie zimą jestem w stanie się dogadać. Nic to, że za oknem -10, kiedy pięknie świeci słońce a śnieg przyjemnie skrzypi pod podeszwami butów. Najwięcej radochy mają oczywiście dzieciaki, nawet jeśli śnieżna pokrywa ma raptem kilkanaście centymetrów i na dodatek nie specjalnie udaje się ulepić bałwana.

Marysia.
Na spacerku.
Martusia.
Na spacerku.
Siostry.

wtorek, 4 grudnia 2012

Z cyklu Święta Polskie...

Od dwóch tygodnia Marysia przynajmniej raz dziennie prezentuje nam swój barbórkowy występ dla Pana Górnika, polegający na śpiewaniu Nasz górnik, nasz górnik, tęgi chwat... oraz na recytowaniu Nie poznasz dzisiaj śląskiej ulicy. Ochotę na to nabiera najczęściej tuż przed wieczornym pójściem do łóżka i podejrzewam, że ma to coś wspólnego z kupieniem sobie dodatkowego czasu przed znienawidzonym przez dzieci spaniem.

Wszystko to jednak przypomniało mi zeszłoroczne obchody Barbórki w przedszkolu, kiedy to dwuletnia Marysia nie do końca zdawała sobie jeszcze sprawę z istnienia takiego święta a tym bardziej z jego znaczenia na Górnym Śląsku. Zapytana wówczas, po powrocie z przedszkola czy dzisiaj wydarzyło się coś ciekawego odpowiedziała oczywiście, że nic. Postanowiliśmy zatem podstępnie zaatakować z innej strony pytając:

- A był dzisiaj jaki gość u Was w przedszkolu?
- No... Był. - Marysia wykazała zainteresowanie, więc szybko ciągnęliśmy dalej.
- A kto?

Po dłuższym namyśle pada całkowicie niespodziewana odpowiedź:

- Pan Ogórek.

Poryczeliśmy się ze śmiechu. Fakt, nie dość że brzmi podobnie to jeszcze ma kilka wspólnych liter.

niedziela, 2 grudnia 2012

Poranek nad Śnieżką

Zza horyzontem pojawiać się zaczęły pierwsze barwy nadchodzącego poranka. Koniecznie chciałem uchwycić w kadrze świt nad leżącą w oddali Śnieżką. Szczytem na który nie udało nam się rodzinnie wejść, zawsze coś stawało na przeszkodzie. 

Nie będąc do końca pewnym, nad którym fragmentem Karkonoszy pojawi się słoneczna tarcza, skorzystałem z trasy narciarskiej zapewniającej szeroki widok i możliwość szybkiego przemieszczenia się w razie potrzeby w inne miejsce. W przygotowaniach asystował mi kot, który narobił wiele strachu podczas wcześniejszych zdjęć, i którego na wszelki wypadek nie spuszczałem z oka. Od pewnego czasu bowiem, żywiłem niebezpieczne przekonanie, że kot obserwuje mnie czekając tylko na okazję, żeby zaatakować. 

O wszystkim tym jednak, zapomniałem w chwili, w której niebo zaczęło nabierać pomarańczowych barw, wydobywając powoli z ciemności zarysy karkonoskich szczytów, z delikatnie rysującą się w oddali Śnieżką. Na moment nawet kot popadł w chwilę zadumy.

W oddali szczyt Śnieżki.
Niebo nad Śnieżką.
Wschód słońca w Karkonoszach.
Fragment trasy narciarskiej prowadzącej do miejscowości Horni Misecky
Tym razem w ujęciu pionowym.

niedziela, 25 listopada 2012

Dawny Śląsk...

Kilka miesięcy temu Bartek wyciągnął mnie rankiem do miejsca, w którym czas się zatrzymał. Północno-zachodnie rubieże województwa Śląskiego. Olbrzymie połacie pól uprawnych, polne drogi, kilka zaledwie słupów wysokiego napięcia i leśne zagajniki. A w jednym z nich średniowieczna kapliczka. Zbudowana w miejscu, w którym już w czasach pogańskich składano ofiary bogom. Od blisko czterystu lat, okoliczni mieszkańcy spotykają się w tym miejscu by prosić o urodzaj, powrót mężów i synów z frontu, pokój i pomyślność. Stojąc w całkowitej ciszy przerywanej jedynie delikatnym szumem wiatru, przypatrując się temu, co natura malowała na niebie, przestałem się zastanawiać dlaczego akurat w tym miejscu.

Przydrożny krzyż, tuż przy kaplicy Matki Boskie Bolesnej w Goju.
Polna droga wiodąca do kapliczki.
Wschód Słońca nad Świbiem.
Pola.
Poranny spektakl.

czwartek, 22 listopada 2012

#04 Migawki z Chin

Oceanarium w Szanghaju
Po Szanghajskim oceanarium wędrujemy otoczeni chmarą chińskich dzieciaków, które na widok wielu zwierząt przeraźliwie piszczą, brawami nagradzając jedynie skaczące do wody pingwiny. Nieco wyróżniamy się z tłumu (głównie Darek, mnie z moim nikczemnym wzrostem często udaje się wtopić w gawiedź), co powoduje, że od czasu do czasu przeraźliwy pisk dzieciaków wydobywa się również na nasz widok.

Warsztat obróbki Jadeitu.
Jadeit - rzadko występujący minerał, którym szczyci się Pekin. Dawniej ceniony był bardziej od złota. Znalazł swoje miejsce nawet na olimpijskich medalach podczas igrzysk w 2008 roku. W warsztatach takich jak ten, robią z niego wszystko. Począwszy od miniaturowych posążków Buddy za parę dolarów aż po ważące kilkaset kilogramów i osiągające blisko dwa metry długości modele statków, których wartość szacuje się nawet na 50 tysięcy dolarów. Oczywiście, zwiedzanie warsztatu kończy się wyjściem wprost do sklepu, w którym tak na oko jest z miliard różnych rozmiarów figurek. Miejscowi naganiacze są bardzo rozczarowani, gdy wychodzimy bez statku...

Młoda para w plenerze.
Chociaż google, które wie wszystko, nic na ten temat nie mówi, to jestem przekonany, że Garden Bridge w Szanghaju, musi być swoistym Mostem Miłości. Podczas naszej krótkiej przechadzki po nim trafiliśmy na trzy pary, które wybrały to urokliwe miejsce na swój ślubny plener. W Chinach Panna Młoda najczęściej zakłada suknię ślubną w kolorze czerwonym, który jest dla mieszkańców symbolem szczęścia. Ta para postawiła jednak na klasyczny, biały kolor, zadowalając się jedynie czerwonym bukietem. Fotograf za to - jak widać powyżej - poszedł po całości.

wtorek, 13 listopada 2012

#03_Chiny_B&W

Popołudniowa drzemka w Pekinie.
W Pekinie każde miejsce jest dobre na szybką drzemkę. A już w szczególności dospawany do roweru wózek robiący za  przyczepkę. Zresztą mieszkańców stolicy Chin nie sposób prześcignąć w wymyślaniu przeróbek swoich rowerów, motorowerów, skuterów i motorynek. Każdy pojazd dwukołowy jest w pewien sposób spersonalizowany - czasem jedynie jakaś finezyjna naklejka, wstążeczka bądź koszyczek, często, bardziej drastyczny tuning, jak dobudowanie owiewek, przymocowanie drutem dodatkowej przyczepy dla pasażera, czy skonstruowanie specjalnego legowiska dla swojego zwierzaka. Pekińczycy są również wyjątkowymi mistrzami w transportowaniu za pomocą roweru towarów o dużych gabarytach: rury długości ponad 2m, dwie pary drzwi szklanych czy sporo ważący fotel nie stanowią dla nich żadnego wyzwania.

Dworzec kolejowy w Szanghaju.
Wszystkie prace remontowe w Chinach, które udało mi się zaobserwować podlegały tej samej złotej zasadzie jak w Polsce. Jeden człowiek pracował, pozostali koordynowali jego działania wskazując, co i w jaki sposób ma robić. Jedyną różnicę stanowi ilość doradców, która nad Wisłą oscyluje w okolicy trzech osób a w Chinach osiąga czasami liczbę dwucyfrową. Przykładowo na dworcu w Szanghaju wydawało nam się, że trafiliśmy na jakąś zakładową wycieczkę, gdy w rzeczywistości okazało się, że była to jedynie popołudniowa zmiana personelu dworca.

Podróż po Hongkongu.
Taksówką dojedziesz wszędzie. Pod warunkiem, że adres swojego celu podróży masz zapisany po chińsku. Gdy tak nie jest, możesz mieć mały problem. Jeśli sprawa rozbija się o lotnisko lub dworzec kolejowy to pół biedy - odpowiednia gestykulacja, umiejętne naśladowanie dźwięków i po sprawie. Jednak znacznie wygodniej zarówno po Pekinie, Szanghaju jak i Hongkongu poruszać się metrem. Nie dość, że taniej to jeszcze znacznie szybciej a dodatkowo, gdy podróżujesz w godzinach szczytu nie musisz się niczego trzymać i możesz się poczuć jak za dawnych lat w 'młynie' na dobrym koncercie rockowym.

niedziela, 11 listopada 2012

Smak ksiażek

Od czasu do czasu na Krawaciarza wrzucałem wpisy poświęcone ostatnio przeczytanym książkom, szczególnie tym, które wywarły na mnie większe wrażenie. Jako, że wpisy te nijak nie przystają do wiodącej tematyki tego fotograficzno-rodzinnego bloga, od dawna nosiłem się z zamiarem stworzenie osobnego bytu w sieci, w którym mógłbym się dzielić tym, co mi akurat do czytania w ręce wpadło.  I wreszcie, po długich tygodniach odkładania tego na później udało się!

Taadaam!! Powstał smak-ksiazek.blogspot.com

Nie mogę obiecać, że będzie jakoś specjalnie systematycznie.
Nie mogę obiecać, że będzie jakoś specjalnie rzeczowo.
Nie mogę obiecać, że będzie tylko o książkach wybitnych.

Jedyne co mogę obiecać to, że będzie uczciwie i mam nadzieję, że w miarę smacznie.
Niezależnie od tego, co kto lubi.

Zapraszam!

czwartek, 8 listopada 2012

#02_Chiny_B&W

Działalność łączona: Fryzjer + Warzywniak w Fuzhou.
Maszerujemy wzdłuż chińskich ulic Fuzhou z podziwem obserwując setki wnęk, w których urządzone są sklepiki, warsztaty, bary, restauracje i czort jeden wie co jeszcze. Prawdziwie zdumienie wywołuje sąsiadujący z - nazwijmy to - grill barem warsztat stolarski, którego właściciel większą część swojej pracy wykonuje na chodniku. Heblując ramy okienne sprawia, że wióry lecą wprost na położone tuż obok palenisko grilla, czym właściciel smażalni w ogóle się nie przejmuje. Chwilę później trafiamy na łączony z warzywniakiem zakład fryzjerski. Jak jest klient na strzyżenie to się go obcina, jak nie ma - to się pomaga koledze z warzywami. 

Uliczne Xiangqi w Pekinie.
W chińskie szachy w Pekinie gra się wszędzie. Na specjalnych stołach w parkach (trochę jak u nas), w klubach Xiangqi i zwyczajnych restauracjach. Często jednak wystarczy kawałek chodnika, bierki i zwijana plansza do gry. Grająca dwójkę otacza grono obserwatorów-kibiców, pewnie też nierzadko obstawiających wynik partii, widzimy bowiem jak po skończonej rozgrywce nerwowo dzielona jest kasa.

Terminal lotów krajowych w Pekinie, to dobre miejsce na drzemkę.
Czekamy na lot z Pekinu do Fuzhou starając się zrozumieć coś, z tego, co mówi pani w głośnikach. Okazuje się, że nazwę tej samej miejscowości w języku chińskim wymówić można chyba na milion sposobów. O ile nazwa stolicy Beijing brzmi zawsze mniej więcej zgodnie z oczekiwaniami: Bej-dżin (prawie jak Będzin) to już Fuzhou jest za każdym razem wymawiane inaczej. Na lotnisku było Fu-dżu. Nauczyłem się zatem tej nazwy pięknie, żeby zaskoczyć czekających na nas na miejscu Chińczyków tymczasem oni spojrzeli na mnie jak na idiotę i kiedy po kilku minutach bezmyślnego powtarzania przeze mnie Fu-dżu, Fu-dżu... zrozumieli, że chodzi mi o nazwę ich miasta, roześmiali się mówiąc, że wymawia się ją przecież jako Fu-su. Dwa dni później, będąc w Hongkongu, zapytany jakie miasta w Chinach odwiedziliśmy z dumą wymieniłem wszystkie, pięknie akcentując nazwę Fu-su, na co nasi słuchacze pokiwali potakująco głowami i poprawili mnie na Fu-zju.

poniedziałek, 5 listopada 2012

#01_Chiny_B&W

Uliczna jadłodajnia w Fuzhou
W Fuzhou niemalże na każdej ulicy spotykam kilka takich barów i co ciekawe w każdym z nich jest zawsze prawie pełno. Znak, że dają dobrze jeść. Dobrze albo tanio. Przystaję przed wejściem i spoglądam do środka, natychmiast wywołując ciekawskie spojrzenia klientów, którzy są zwróceni akurat w moją stronę. Z daleka widać, że chiński odpowiednik Sanepidu tutaj nie zagląda. Z resztą pewnie nigdzie nie zagląda. Z wewnątrz dolatuje specyficzny zapach miejscowej kuchni, początkowo dość nieprzyjemny ale po kilku godzinach przestaje się na niego zwracać uwagę. Przy wszystkich różnicach to miejsce zaczyna przypominać mi swojskie bary mleczne. Mam ochotę zaryzykować...

Hong-Kong w deszczu

W Hongkongu pogoda zmienia się dosłownie co kilka minut. Gorące słońce, przeplatane intensywną lecz krótkotrwałą ulewą. Prawdziwy przekładaniec. Chowamy się w najbliższym sklepie. Tym razem, jak na złość nie chce przestać padać. Obejrzeliśmy już wszystkie produkty na półkach i nerwowo krążymy u wyjścia. Po drugiej stronie ulicy widzimy ulicznego handlarza, który ma na swoim straganie również parasole. W tej chwili sprzedają się świetnie. Szybka kalkulacja - trzeba przebiec przez dwie jezdnie a to oznacza dwie zmiany świateł i dobrych kilka minut na zewnątrz, a tam prawdziwy prysznic. Wskakuję do sklepu obok - na pierwszy rzut oka jakaś pralnia czy coś w tym stylu. Dziewczyna robi wielkie oczy jak zaczynam jej tłumaczyć, że chcę pożyczyć parasol na kilka minut, żeby pobiec na drugą stronę do handlarza po... parasol. Na szczęście to Hongkong, tutaj wszyscy mówią po angielsku, w Pekinie mógłbym zapomnieć o takiej akcji. Wracam, oddaję parasol dziewczynie z pralni. Stajemy na chodniku i rozkładamy swoje nowe nabytki gdy nagle... przestaje padać.

Narada "starszych" w Szanghaju
Siedzieliśmy w jedynej knajpie w Szanghaju, w której podawano Carlsberga. Co więcej z powodu braku przekonania Chińczyków do tego trunku, ta pięknie usytuowana, tuż na brzegu rzeki Huangpu restauracja, świeciła pustkami. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć, że takie miejsce istnieje. Leżąca na delikatnym wzniesieniu, była w magiczny sposób odseparowana od wszechobecnego szumu wielkiego miasta jakim jest Szanghaj. Spoglądaliśmy na nabrzeże zastanawiając się, czy od tłumów maszerujących w dole nie odgradza nas aby czarodziejska szyba. Wyjąłem aparat  żeby zrobić kilka zdjęć zachodzącego nad wieżowcami słońca, gdy nagle mój wzrok przyciągnęła nerwowo rozglądająca się czerwona czapka. Skierowałem obiektyw na żywo dyskutujący tercet. Wielki Brat patrzy.

sobota, 13 października 2012

Kung-Fu Panda.

Marysia ma ostatnio (tak od początku roku) straszną fazę na Scooby-Doo dlatego też w naszych  zabawach musi pojawiać się ktoś z Tajemniczej Spółki, jakieś potwory no i oczywiście sam Scoobie, w którego przekonująco wciela się zawsze Marysia. 

Zaniemówiłem zatem, gdy ostatnio na pytanie w co się bawimy, padła odpowiedź, że może w Kung-Fu Pandę. Chcąc wykorzystać tak niebywałą okazję uwolnienia rodziny od postaci Hannah-Barbera (bo ileż można?!), być może nawet na zawsze, szybko zapytałem na czym zabawa polega i kto będzie kim? Zaczęło się rozdzielanie ról: Marta stwierdziła, że będzie Tygrysicą, Magdzie przypadła z góry narzucona rola Węża - a właściwie Węży, bo to przecież dziewczyna, ja sam sobie wybrałem sympatycznego staruszka Shivu... Marysiu a Ty kim będziesz?

- Ja? No wiesz tata - Scoobym.

Tak zasypia Maryśka - jak widać Panda też jest ;)

niedziela, 7 października 2012

Wakacje po czesku...

Wreszcie udało mi się znaleźć chwilkę czasu żeby 'odkurzyć' kilka fotografii z naszych wakacyjnych podróży po Karkonoszach. Fatalna pogoda za oknem podziałała na mnie na tyle mobilizująco, że z chęcią zabrałem się za porządkowanie zdjęć, tym bardziej, że są na nich Karkonosze uchwycone w pięknych okolicznościach przyrody.

Magda zoptymalizowała trasę pod kątem trekkingu dzieciaków w wieku od lat dwóch do sześciu, tak więc było łatwo, gładko i przyjemnie, na dodatek z ładnymi widokami. Ze Szpindlerowego Młyna (Spindleruv Mlyn) chcieliśmy się dostać do Horni Misecky, co nie stanowi specjalnego wysiłku (no chyba, że się idzie ciemną nocą), tym razem jednak (także, dlatego, że dwa dni wcześniej już tamtędy wędrowaliśmy) poszliśmy na łatwiznę i na miejsce dostaliśmy się via kolejka linowa na Medvedin. W Horni Misecky kilka minut oczekiwania i autobusem wjechaliśmy pod schronisko Vrbatova Bouda, gdzie rozpoczyna się z pewnością jeden z najpiękniejszych szlaków w Karkonoszach Vrbatova Bouda - Pramen Labe. 

Cała trasa widzie szczytami, ponad piętrem lasu z niewielkimi różnicami wysokości, co powoduje, że przy pięknej pogodzie ma się wrażenie, że to nie jest górskie wędrowanie a jedynie lekki spacer. Olbrzymia przestrzeń w każdym kierunku pozwala docenić w pełni urok Karkonoszy, a na samej trasie zdarzają się takie perełki jak Pancavsky wodospad, Labsky wodospad i źródła Łaby. Jedyne o czym trzeba pamiętać, to żeby zdążyć na ostatni autobus powrotny...






czwartek, 27 września 2012

Kalambury

Ciepłe popołudnie. Magda przegoniła nas z domu wleczemy się więc wraz z dzieciakami po okolicy. Z każdym metrem dziewczyny coraz bardziej znudzone i marudne. Na ratunek rzucam pomysł by w coś zagrać. Marysia odpowiada, że możemy ale tylko w kalambury, na co z Martą przystajemy. 

Pytanie nr 1.
Kategoria: Zwięrzęta.
Które zwierzę wydaje taki odgłos: (w tym miejscu z ust Marysi wydobywa się coś przypominającego potężne, basowe chrapanie)?

No to próbujemy:
- Świnia?
- Nie.
- Prosiak?
- Nie.
- Wieprzek?
- Nie.
- No to może Dzik?
- Też nie.
- Guziec?
- Nie.

Zrezygnowani poddajemy się - W takim razie co to Marysia było za zwierzę?

- KUKUŁKA!

sobota, 15 września 2012

Kościół Pokoju

Kościół Pokoju w Świdnicy jest jedną z trzech świątyń protestanckich na Śląsku, na wybudowanie których w drugiej połowie XVII w., zgodę wyraził katolicki cesarz Ferdynand III Habsburg. Budowa kościołów w Jaworzu, Głogowie i Świdnicy mająca stanowić gest tolerancji dla przedstawicieli innego niż katolickie wyznania, mogła nastąpić tylko pod warunkiem, że do konstrukcji użyte zostaną wyłącznie materiały nietrwałe (drewno, słoma, piasek, glina) a okres, w którym świątynia powstanie nie będzie dłuższy niż 1 rok. Dodatkowo sam obiekt nie mógł posiadać bryły przypominającej kościół i musiał być zlokalizowany poza murami miasta.

Rzeczywiście, mimo dobudowania w 1708 roku dzwonnicy, Kościół Pokoju w Świdnicy swym kształtem nie przypomina klasycznej świątyni. Z zewnątrz trudno także oszacować jego rozmiar i pojemność. Dopiero po wejściu, z zaskoczeniem przekonałem się, że oprócz parteru wewnątrz znajdują się aż cztery piętra, które są w stanie pomieścić 7500 osób. Zadziwia również ilość zdobień, które w kościołach ewangelickich są zazwyczaj rzadko spotykane. Każdy element jest precyzyjnie wykończony a całość sprawia imponujące wrażenie. Otoczenie kościoła stanowi zabytkowy cmentarz, który przez 100 lat był jedynym miejscem pochówku dla Ewangelików w księstwie świdnickim. W 2001 roku świątynia została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Wnętrze Kościoła Pokoju w Świdnicy. Widok na ołtarz.
Ołtarz z 1752 roku autorstwa Gotfrieda Augusta Hoffmana.
Rzeźba pod amboną.
Jeden z cmentarnych nagrobków.
Widok na Kościół Pokoju w Świdnicy z zewnątrz

wtorek, 4 września 2012

Miss M.

Przeglądając dzisiaj  Zapiski Kiepsko Uczesane (kto jeszcze nie zna niech kliknie i w ramach pokuty przeczyta dziesięć dowolnie wybranych postów, bo warto) przyszło mi do głowy, że trzeba odnotować na blogu pierwsze dni Marty w szkole, tym bardziej, że trzy(!) lata temu zrobiłem to z okazji jej pierwszego dnia w przedszkolu.

O ile w dniu rozpoczęcia, które przebiegło zwyczajowo (akademia, przemówienia, występy itp.) nie liczyliśmy na żadne rewelacje, tak drugiego, zżerała nas ciekawość jak to w tej szkole było. Marta jak to Marta - całe popołudnie była bardzo oszczędna w dzieleniu się z nami swoimi wrażeniami. 

Język rozwiązał się jej dopiero wieczorem, podczas kąpieli, kiedy to stwierdziła, że w całej klasie tylko ona ma imię rozpoczynające się na literę "M". 

Po czym zapytana z kim siedziała w ławce, swobodnie odpowiedziała, że z Marzenką...

sobota, 1 września 2012

A Space Odyssey - Medvedin

U progu wejścia prowadzącego czerwonym szlakiem na Medwiedin (Medvedin) stanęliśmy kilka minut po północy. Przed nami - absolutna ciemność lasu; Za nami - ostatnie światła Szpindlerowego Młyna (Spindleruv Mlyn); Nad nami - nocne niebo pełne gwiazd. Zwiastun dobrej pogody.

Włączamy latarkę, drugą przezornie zostawiając na później i ruszamy. Po kilkudziesięciu krokach, kiedy nachylenie podejścia powoli odbiera nam oddech uniemożliwiając wesołą rozmowę zaczyna do nas docierać coraz więcej odgłosów nocnego lasu. Okazuje się też, że tą latarką jesteśmy w stanie oświetlić dwa, maksymalnie trzy metry szlaku. Na moje pytanie, czy druga jest mocniejsza, Maciek odpowiedział, że nocą w lesie, lepiej widzieć mniej niż więcej. 

Próbujemy. 

Okazało się, że miał rację. W długim strumieniu mocniejszego światła do niepokojących odgłosów dochodzą nerwowo poruszające się cienie. Z lekkim niepokojem zaczęliśmy wypatrywać świecących w ciemności oczu a cała sytuacja sprowokowała nas do przeprowadzenia szybkiej ewidencji wyposażenia, które można zastosować ewentualnie jako broń przeciw Niedźwiedziom (no w końcu wspinaliśmy się na Medwiedin) lub też innym leśnym drapieżnikom. Wyszło nam, że mamy: chiński scyzoryk udający szwajcarski - sztuk jeden; lekkie statywy fotograficzne, które można wygiąć ręką - sztuk dwa; mikroskopijne latarki ledowe, które nikomu krzywdy nie zrobią - sztuk dwie; oraz laserowy wskaźnik astronomiczny, który niestety nie jest mieczem Jedi - sztuk jeden. Na upartego można jeszcze doliczyć czekoladowe babeczki, którymi można skutecznie ciskać w napastnika - sztuk dziesięć. Po przeprowadzeniu tej niezbyt optymistycznej wyliczanki znacznie bardziej żwawym krokiem ruszyliśmy dalej.

Droga do Górnych Miseczek (Horni Misecky) gdzie planowaliśmy zrobić jedyny postój miała nam zająć 55 minut. Poganiani jednak płatającą figle wyobraźnią przeszliśmy ten odcinek w 35 minut zaskoczeni swoim tempem. Po nabraniu oddechu i kilku kęsach wspomnianych babeczek postanowiliśmy skrócić sobie podejście na Medwiedin i zamiast iść dalej czerwonym szlakiem (po zaczynającej się właśnie w tym miejscu nieprzyjemnej dla marszu asfaltowej drodze!) ruszyliśmy w górę fragmentem wykarczowanego lasu stanowiącym dzisiaj trasę narciarską. Dolną część pokonaliśmy w miarę gładko, górną za to zaczęliśmy przeklinać mniej więcej od połowy, gdzie wzrosło nachylenie stoku. Dla kurażu zacząłem sobie wyobrażać śmigającą tutaj zimą w dół Lindsey Vonn. Nie podejmuje się zgadywać co sobie dla dodania animuszu wyobrażał Szwagier.

Na szczycie stoku okazało się, że pięknie świecące przez cały czas trwania naszego podejścia gwiazdy zostają przykryte coraz gęstszymi chmurami. To zmobilizowało nas do jeszcze szybszego marszu w kierunku wierzchołka Medwiedina, w końcu to właśnie gwiaździste niebo chcieliśmy uchwycić na swoich fotografiach. Zbliżając się do stacji kolejki krzesełkowej najpierw usłyszałem jak Maciek przystaje a potem jak ciśnie przez usta:

Kurwa! Pies!

Zmroziło mnie i w ułamku sekundy przemknęło przez głowę, jak skończonym idiotą trzeba być by nie pomyśleć, że przecież górnej stacji kolejki krzesełkowej musi nocą ktoś lub coś pilnować. Ścisnąłem pośladki zastanawiając się na kogo rzuci się pierwszy i w którą stronę ewentualnie uciekać, gdy nagle przypominałem sobie, że jak byliśmy tam za dnia to... w pobliżu pasły się kozy. To właśnie jedna z nich spoglądała na nas leniwie swym świecącym wzrokiem. Tętno spadło mi do normalnego poziomu dopiero po 20 minutach.

Szybko obeszliśmy cały teren dokoła i jako, że jedyny fragment nieba, na którym pobłyskiwały gwiazdy znajdował się centralnie nad stacją wspomnianego wyciągu krzesełkowego zdecydowaliśmy się na umieszczenie go w swoich kadrach, co okazało się nie lada wyzwaniem. Przez wizjer aparatu kompletnie nic nie widać, mocniejsza latarka pozwala zorientować się co nieco w kompozycji jednak nawet przy jej zastosowaniu, prawdziwym wyzwaniem dla mojego archaicznego sprzętu było ustawienie ostrości w takich warunkach. Przydał się tutaj przywołany wcześniej laserowy wskaźnik astronomiczny. Przygotowując się do pierwszego naświetlenia zmroziło nas po raz drugi. W zupełnej ciszy nagle coś przeszło między naszymi nogami. Z wrażenia niemalże upuściłem latarkę. Tym razem sprawcą zamieszania okazał się mieszkający w budynku kolejki kot, który właśnie urządzał sobie polowanie na myszy.

Po pstryknięciu pierwszego, próbnego zdjęcia poczuliśmy się jak na stacji księżycowej. Gwiaździste niebo nad futurystycznymi budynkami kolejki oświetlonymi czerwonym światłem pobliskiej wieży radiowej. Byliśmy zaskoczeni jak dużo świateł wpada na matrycę, świateł, których nie sposób zaobserwować gołym okiem.

Naświetlanie 30 sekund, pozowala na 'zatrzymanie' gwiazd w kadrze.

Przy naświetlaniu 2 min, już wyraźnie widać ruch gwiazd - a raczej Ziemi :)

Kadrowanie, eksperymenty z naświetlaniem i walka z zimnem (temperatura spadła poniżej 10 stopni i choć byliśmy na to przygotowani to stojąc nieruchomo nad statywem bardzo nam to dokuczało) zabrały nam tyle czasu, że nawet się nie spostrzegliśmy kiedy wiatr przegnał chmury z innych części nieba. Powoli też zaczynało się robić coraz widniej. Przenieśliśmy się na drugi koniec góry chcąc uchwycić gwiazdy nad miasteczkami. Zarejestrowana na matrycy łuna świateł z tych malutkich mieścinek była ogromna - aż strach sobie wyobrazić jak jest na przykład nad Las Vegas.

Niebo i łuny świateł z naprawdę małych mieścinek.
Pędzące chmury, powoli wstaje dzień.
Po kilkunastu minutach zrobiło się na tyle widno, że na niebie pozostało tylko kilka, najmocniej świecących gwiazd. Cierpliwie zaczęliśmy oczekiwać na wschód słońca, które miało się pojawić gdzieś w okolicach całkiem dobrze widocznej ze zbocza Medwiedina Śnieżki. Maciek zniknął ze swoim sprzętem w lesie w poszukiwaniu ciekawych kadrów, ja natomiast w asyście kota, co do którego zacząłem nabierać paranoicznych podejrzeń rozłożyłem się wzdłuż wiodącej na wschód trasy narciarskiej. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść...