niedziela, 18 grudnia 2011

Virtus et Honor

Pierwsze, jeszcze odległe, jakby nie do końca sprecyzowane przeczucie, dopadło mnie w sobotni poranek. Zepchnąłem je gdzieś na tył głowy, gdzie przeleżało spokojnie kilka godzin. Około piętnastej, gdy wróciłem z - jak co roku - przeuroczych zakupów świątecznych polegających, na kolejno: szukaniu miejsca do zaparkowania, przepychaniu się między zapatrzonymi w sklepowe witryny klientami i staniu w przechodzących ludzką wyobraźnię kolejkach, przeczucie ukłuło drugi raz. Tym razem zerknąłem na szarobure niebo, raczej nie zwiastujące niczego dobrego.

Uporczywa myśl, z każdą godziną rozpychała się w mojej głowie coraz bardziej, tak, że wreszcie około 18-tej postanowiłem zerknąć na prognozę pogody. Na niedzielę od 5:00 do 8:30 przepowiadano konwekcyjny opad śniegu - no tak pomyślałem, w końcu to zima. W najgorszym przypadku będzie jak w pierwszych scenach Gladiatora, w których Russel Crowe w otoczeniu spadających malowniczo płatków śniegu dokonuje przeglądu swoich wojsk.

Siła i Honor!

Mimo to wysłałem chłopakom ostrzegawczego SMSa, nikt jednak nie zrejterował. W niedzielny poranek, przeczucie ukłuło czwarty raz. Wówczas, tuż przed wyjazdem w kierunku Zamku Tęczyn, już miałem pewność, że przyjdzie nam stoczyć fotograficzny pojedynek z matką Naturą. Nie spodziewałem się jednak, jak nierówna będzie to walka i jak szybko, zaledwie potyczka zamieni się w prawdziwą bitwę.


Z zamkowego wzgórza roztaczał się widok na pobliską wieś. W soczyste barwy świtu nad Rudnem uderzył nagle potężny wiatr. W mgnieniu oka przegnał każdy kolor, okupując niebo, ciężkimi, ciemnymi, śniegowymi chmurami. Powoli zaczynał spadać śnieg, który dosłownie w kilka sekund przeistoczył się w nagły desant bieli przesłaniającej cały widok.

Siła i Honor!


Rozpoczęliśmy naszą walkę. Darek walczył niemiłosietnie z brakiem rękawiczek i czapki, chowając zmarznięte ręce po kieszeniach a głowę owijając szalikiem. Adam przez bite dwadzieścia pięć minut walczył by odnaleźć zaginiony dekielek od obiektywu, szukając go niczym amuletu nieśmiertelności by koniec końców znaleźć go w swoim plecaku. Bartek w pojedynkę próbował dokonać nieudanego oblężenia tęczyńskiej twierdzy. Ja natomiast, bezskutecznie walczyłem z auto-focusem, który odmówił posłuszeństwa. W końcu zmuszeni zostaliśmy do wycofania się rakiem na parking. Tam uzupełniliśmy braki glukozy w organizmie racząc się wzmocnioną co nieco kawą. Przegraliśmy bitwę, lecz nie wojnę.

Siła i Honor!

Po burzliwiej naradzie pół godziny później wróciliśmy - chytrze zmieniając trasę - na zamkowe wzgórze. Tym razem naszym oczom ukazał się, wciąż niepokojący lecz już znacznie bardziej baśniowy widok. Przez spowite chmurami niebo, zaczęło nieśmiało przebijać światło słoneczne. Okazało się jednak, że to nie był koniec naszych zmagań.


Darka znów zaatakował mroźny wiatr zmuszając go do dalszej improwizacji w kwestii nakrycia głowy i ochrony dłoni. Adam kolejny raz zgubił dekielek od obiektywu, tym razem innego i dla niepoznaki mnie oskarżył o to jakobym go zapodział. Nie muszę dodawać, że dwadzieścia minut później dekielek odnalazł się w jego plecaku. Bartek znów zniknął z pola widzenia, tym razem tocząc walkę ze swoimi nowym nabytkiem czyli filtrami połówkowymi. Na pocieszenie pozostał mi jedynie fakt, że zniknęły problemy z moim auto-focusem a to za sprawą taką, że przestałem używać sprawiającego kłopoty obiektywu, pożyczając na chwilę cacko Adama.


Wreszcie ujrzeliśmy Zamek Tęczyńskich w pełnej okazałości i barwach. W czasach swojej świetności była to imponująca twierdza stanowiąca dumę rycerstwa polskiego. To w murach tego Zamku Jagiełło więził ważniejszych jeńców krzyżackich wziętych do niewoli w czasie bitwy pod Grunwaldem.

Siła i Honor!


Śnieg wreszcie ustąpił. Powoli zaczęło się rozjaśniać również nad pobliskim Rudnem.


Niewyspani, zmęczeni, zmarznięci lecz zadowoleni ruszyliśmy w kierunku Katowic, gdzie dojechaliśmy bez incydentów nie licząc - niemalże udanej - próby dostania się na autostradę drogą techniczną. Do Zamku Tęczyńskiego z pewnością jeszcze wrócimy w bardziej sprzyjających warunkach pogodowych.

niedziela, 27 listopada 2011

Letnie reminiscencje...

Co prawda nie mam prawa narzekać na na listopadową aurę, nie zmienia to jednak faktu, że już zdążyłem zatęsknić za Latem.

I nawet wiem dlaczego...

sobota, 12 listopada 2011

These Americans

These Americans to fenomenalna opowieść o Ameryce, jaką znam z kart powieści Faulknera, McCarthy'iego i Rotha. Opowieść o Ameryce miłości i nienawiści, szczęścia i smutku, sprawiedliwości i kłamstw. Opowieść o Ameryce białej i czarnej, bohaterskiej i tchórzliwej, prostej i popieprzonej. Opowieść o Ameryce od czasów Wojny Secesyjnej do czasów Abu Ghraib. Mogę ją z zachwytem w nieskończoność przeglądać wzdłuż i wszerz, bo wszystko co tam widzę to prawda, która zamarzła na kliszy.

niedziela, 6 listopada 2011

Operacja: Desert Storm

Operacja utrzymywana była w tajemnicy nawet przed jej pomysłodawcą do ostatnich chwil. 5 listopada o godzinie 20:26 GMT naziemne stacje BTS przekazały serię szyfrowanych komunikatów tekstowych następującej treści [w nawiasach rozszyfrowane znaczenie]:

SMS#01: Jutro ma być pogoda [06.11.2011 będą sprzyjające warunki atmosferczyne]. Masz ochotę i czas na wschodzik na pustyni błędowskiej? [Potwierdź gotowość do przeprowadzenia operacji Desert Storm]

SMS#02: Chętnie. [Potwierdzam gotowość.] O 5:30 na Placu Andrzeja. [Spotkanie w punkcie zbornym 0530 czasu ZULU] Wschód jest 6:45. [Rozpoczęcie operacji 0645 czasu ZULU]. Damy radę. [Rezerwa czasowa wystarczająca]


Po tej wymianie komunikatów tylko prawdziwa katastrofa mogła spowodować przerwanie operacji. 6 listopada punktualnie o godzinie 5:30 Cienie - takim mianem nazywani byli najbardziej tajni z tajnych agentów - wyruszyli w kierunku Pustyni Błędowskiej. Dojazd do punktu rozpoczęcia operacji miał być jedynie formalnością. Okazało się jednak, że wrogie siły postanowiły się zabezpieczyć na wszelki wypadek usuwając kilka drogowskazów z trasy 94 i 790 i zagłuszając satelity nawigacyjne GPS. Dla wielu historyków, do dzisiaj pozostaje zagadką w jaki sposób, mimo tak doskonałej dywersji wroga, agenci dotarli do punktu rozpoczęcia operacji i to na czas.

Obszar misji został złowieszczo oznakowany tabliczkami Teren Wojskowy. Wstęp surowo wzbroniony.. Cienie obawiając się min przeciwpiechotnych, już w czasie dojazdu do punktu rozpoczęcia operacji ustalili taktykę działania polegającą na poruszaniu się wyłącznie po wcześniej pozostawionych śladach. Spodziewając się piaszczystych, nietkniętych ludzką ręką i nogą wydm, liczyli na pojedyncze ślady, które doprowadzą ich do celu. W tamtym momencie powodzenie operacji po raz drugi zawisło na włosku.

Teren działań bowiem okazał się być kompletnie zadeptany i rozjechany przez pojazdy dwu i czterokołowe. Podejmując niezwykłe ryzyko, agenci przebiegli kilkaset metrów wydm by zająć strategiczną pozycję za kępą trawy, która dawała iluzoryczne schronienie przed wrogiem. Niebo rozświetlała poświata wschodzącego słońca, agenci w absolutnej ciszy bezdechów oczekiwali.

Taktyka zalecała by jeden z Cieni zajął inną, dogodną do obserwacji i asekuracji pozycję. Biegiem, zapadając się po kostki w piachu przedostał się na nowe miejsce. Tymczasem słońce powoli wyłaniało się zza horyzontu.
Obaj agenci postanowili włączyć urządzenia nasłuchujące. Obawiali się jednego: ataku wroga od strony wschodu, w celu wykorzystania oślepiającego słońca.
Znajdująca się na obszarze operacji roślinność z ledwością nadawała się na schronienie, dlatego też jeden z Cieni postanowił przedostać się na znajdujące się w pobliżu wzgórze. Swoją decyzję przekazał drugiemu z agentów za pomocą kodowego języka znaków: jeden palec wyprostowany, przebierające w miejscu stopy, a na koniec klasyczny gimnastyczny mostek, symbolizujący wzniesienie, z którego roztaczał się widok na całą brutalnie przeoraną Pustynię Błędowską.
Agent postanowił przyjrzeć się terenowi działań nieco bliżej...
I jeszcze bliżej...
Nagle, w przebłysku impulsu, który przebiegł obu agentom przez głowę dokładnie w tej samej nanosekundzie, co było z pewnością efektem ich osławionej intuicji, zrozumieli, że to była pułapka! Pułapka, by odsłonić tak długo skrywaną tajemnicę - ich tożsamość. Rzeczywiście podczas całej operacji Desert Storm wróg fotografował Cienie. Nie spodziewał się jednak, że agenci byli tak doskonale przygotowani do pustynnej wyprawy.
I kiedy już wydawało się, że tożsamość Cieni jest bezpieczna, jeden z naukowców wroga wpadł na genialny pomysł - powiększenie odbcia...
... na szczęście również drugi z agentów, może spać spokojnie. Nie został zdemaskowany.

Nie czekając ani sekundy dłużej agenci opuścili terytorium wroga zaimprowizowaną kolejką wysokogórską, szczęśliwi, że po raz kolejny udało im się uniknąć niebezpieczeństwa. Byli pewni, że wróg zapłaci za swoje działania!
Jak pokazała historia, to zdarzenie całkowicie zmieniło losy Europy i Świata.

Postscriptum.

Obaj z Bartkiem podczas naszej dzisiejszej wyprawy, zgodnie stwierdziliśmy, że gdy byliśmy mali to Pustynia Błędowska wydawała nam się miejscem gdzieś daleko w Polsce, miejscem o gigantycznych rozmiarach i wysokich temperaturach, miejsce niezbadanym i prawie nieuczęszczanym. Jako, że nie znam wieku czytelników swojego bloga, ale śmiało mogę przyjąć, że może się wśród nich znaleźć również, ktoś kto jest wciąż mały, postanowiłem napisać kilka słów uzupełnienia:

Pustynia Błędowska znajduje się na granicy Śląska i Małopolski, około 50km od Katowic. Jest obszarem raczej niewielkim (32km2), obszarem, w którym temperatury są dokładnie takie same jak w całej okolicy, obszarem, szalenie popularnym wśród turystów i dosyć - co widać na zdjęciach powyżej - wyeksplorowanym. Dodam jeszcze tylko na koniec, że piasku jest tam niewiele, więc jeśli ktoś ma ochotę odwiedzić - polecam. I nie trzeba się ubierać jak Bartek, wielbłądów nie widzieliśmy.

niedziela, 30 października 2011

Wielkim reżyserem jest i basta!

Terrence Malick to dla mnie przede wszystkim - Cienka, czerwona linia - bez wątpienia najbardziej poetycki film o wojnie jaki widziałem. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że okrucieństwo walk na Pacyfiku można pokazać w tak magiczny i jednocześnie dosłowny sposób. Scena z falującymi łunami traw, przez które przedzierają się w natarciu amerykańscy żołnierze na zawsze zapisała się w mojej pamięci.

W oczekiwaniu na - skrajnie odbierane - Drzewo Życia na BlueRay'u, postanowiłem odświeżyć sobie dwa pierwsze filmy Terrence'a Malicka - Badlands i Days of Heaven, również w wersjach HD. Oniemiałem z wrażenia. Terrence Malick te dwie, proste historie o miłości podaje w oprawie tak dopracowanej w szczegóły, że aż zapiera dech w piersiach.

Badlands (1973 r.), pierwsze dzieło Terrence'a, to nie tylko aktorski popis Martina Sheena (stylizowanego na Jamesa Deana) i Sissy Spacek lecz przede wszystkim zwiastun stylu Malicka, dla którego każdy kadr musi być dopieszczony wizualnie do granic doskonałości, a wiele ze scen ma dodatkowe, symboliczne znaczenie. Portretowe zbliżenia bohaterów, przepiękne krajobrazy Dakoty oraz Montany i ich symbolizm pozwalają widzowi poczuć atmosferę Ameryki lat 70tych. Uwielbiam scenę, w której pozbawiony granic moralności w swym miłosnym uniesieniu, opętany manią zabijania Sheen, z dubeltówką na ramionach przygląda się pełni księżyca. Pełni, która od wieków wprawiała ludzi w szaleństwo zamieniając ich w bestie.
Days Of Heaven (1979 r.), to kolejna prosta historia Terrence'a Malicka o miłości, która urzeka swoim pięknem. Dla kogoś, kto pasjonuje się fotografią to pozycja obowiązkowa. Malick rękoma autora zdjęć Nestora Almendrosa wyczarowuje Amerykę, jak ze snu. Tutaj każdy element, każdy budynek, każdy człowiek ma swoje, doskonale przemyślane miejsce w kadrze. Na zawsze zapamiętam krajobrazy Texasu Panhandle i z pewnością na zawsze zapamiętam - znów symboliczną - scenę plagi szarańczy, która oznacza koniec dotychczasowego życia dla wszystkich bohaterów tego dramatu.W Days of Heaven widać również wyraźnie pierwszą fascynację Malicka ogromnymi przestrzeniami, na których falują, targane wiatrem kłosy pszenicy. Fascynację, która spowodowała, że Malick zdecydował się zasiać trawy na piaszczysto skalistych zboczach wysp Pacyfiku, po to li tylko, by móc je wykorzystać w Cienkiej, czerwonej linii fałszując w masowej świadomości obraz ataku amerykańskich żołnierzy na wroga. Nie ważne, że nieprawdziwy, ważne że piękny!

sobota, 22 października 2011

Polowanie na barwy jesieni.

Nasze polowanie na - być może ostatnie już w tym roku - jesienne kolory zaplanowane z Bartkiem mieliśmy na terenie ruin Zamku w Olsztynie. Na miejscu chcieliśmy być minimum godzinę przed wschodem słońca, tak by rozpoznać teren, zaplanować poszczególne kadry i w spokoju popstrykać. Dzięki zwyczajowej punktualności PKP zamiast w Częstochowie wylądowaliśmy w Tychach, nad jeziorem paprocańskim. Jedynym miejscem, do którego mieliśmy szansę dotrzeć tuż przed wschodem słońca.

W pośpiechu (to już dla nas niemalże nowa, świecka tradycja, że wszystko jest na szybko) zajęliśmy miejsce na wałach wokół jeziora skąd roztaczał się urokliwy widok na lokalną wersję Domu nad Rozlewiskiem.

Kilka pstryknięć w otoczeniu zaciekawionych wędkarzy i przyszła pora by przenieść się na bardziej dogodny do obserwacji wschodu słońca brzeg jeziora, który nas już raz, boleśnie doświadczył zimą 2009 roku.



Wraz z pojawiającym się na horyzoncie słońcem, barw zaczęła nabierać roślinność. W kilkadziesiąt sekund szary brzeg nabrał kolorów a słońce pięknie podświetliło charakterystyczny półwysep i całą linię brzegową.


Tak jak zimą znów dotarliśmy aż do Zameczku w Promnicach.

Udało nam się nawet zagłębić w - momentami naprawdę magiczny - las, który mienił się w ostrym słonecznym świetle, różnymi kolorami jesieni.


Na koniec, po przedarciu się przez leśną gęstwinę, trafiliśmy na łąkę, której część pozostawała w cieniu urokliwie kontrastując swoimi zimnymi, oszronionymi barwami z pozostałą, słoneczną częścią.

Z racji swego położenia Paprocany stanowią dla nas obiekt 'ratunkowy' jeśli chodzi o planowane wypady fotograficzne i jak widać powyżej doskonale się dzięki swojej różnorodności z tej roli wywiązują.

niedziela, 9 października 2011

Vrbickie Pleso

Vrbickie Pleso to niewielki, gęsto zarośnięty staw w Demianowskiej Dolinie. Z aparatem odwiedziłem go dwa razy. Pierwszy, ciut za późno kiedy już ostre światło słońca oświetliło zachodni brzeg. Uroku dodawał jedynie samotny księżyc.



niedziela, 18 września 2011

Fujian Beach

Morze miało tego dnia żółty kolor. Niezwykle drobny, mokry piasek tworzył jednolitą, zbitą, brązową masę. W oddali delikatnie rysowały się szczyty gór. Brzeg penetrowali namiętni zbieracze morskiej fauny, która później trafia na talerze wielu restauracji w Fouzhou.









poniedziałek, 12 września 2011

Vlkolinec

We Vlkolincu czas naprawdę stanął w miejscu. Dookoła zielone pasmo górskie Wielkiej Fatry i gęsty iglasty las. Środkiem udeptanego traktu pnącego się ku szczytowi Sidrowo leniwie przepływa strumyk. Głęboki wdech górskiego powietrza. Przechadzający się kot nawet nie zaszczyci spojrzeniem. Wzdłuż kamienistej drogi góralskie chaty, pięknie malowane, pięknie przystrojone.

W jednej z nich właściciel z brodą po pas, wyglądający jak ze szwejkowego albumu rozlewa z dwulitrowych butelek do plastikowych kubków Colę po 4 euro za kubek :)






niedziela, 4 września 2011

Gu Gong - Zakazane Miasto

Zakazane Miasto to wybudowany w 1420 roku przez dynastię Ming kompleks pałacowy stanowiący obecnie centrum Pekinu i z pewnością jego największą atrakcję turystyczną. Skąd ta pewność? Wystarczy powiedzieć, że mój bilet wejścia miał numer przekraczający miliard!

Zwiedzanie rozpocząłem w temperaturze bliskiej 40 stopni, w oparach smogu od południowej strony, z której wstępu do miasta strzeże Brama Tian'anmen z uśmiechniętym Mao Zedongiem nad wejściem. Serdecznie współczułem żołnierzom pełniącym warty honorowe w takich warunkach.

Na początek zaskoczyła mnie krótka kolejka do kas (5 minut stania) i fakt, że, zwiedzać Gu Gong można z użyciem elektronicznego przewodnika, który przemawia także w naszym ojczystym języku. Dawna siedziba Cesarza Chin, który rezydował w Gu Gong aż do 1924 roku, położona jest w osi północ-południe Pekinu a przywiązani do tradycji Feng Shui Chińczycy, wszystkie najważniejsze budowle swojego miasta budują na jej przedłużeniu (między innymi również Stadion Olimpijski). Cały kompleks składa się z około 800 pałaców i blisko 9 tysięcy (SIC!) pomieszczeń.

Wewnątrz miasta głównym zainteresowaniem turystów cieszyły się najważniejsze budowle takie jak budynek Najwyższej Harmonii Taihotien. Na szczęście ten imponujący zespół pałaców jest tak olbrzymi, że kilka razy udało mi się odnaleźć niemalże odludne miejsca.

Zakazane Miasto zbudowane jest w oparciu o prostą konstrukcję regularnych placów z których imponujące schody prowadzą do głównych budynków (oś północ-południe) oraz mniej prestiżowych (oś wschód zachód).

Każdy budynek posiada charakterystyczną, żółto-złotą dachówkę (zarezerwowaną wyłącznie dla pawilonów cesarskich) i jest niezwykle kunsztownie zdobiony mieniącymi się wieloma kolorami fasadami, a przed pałacami często stały imponujących rozmiarów wyroby chińskich mistrzów odlewnictwa.


Byłem pod ogromnym wrażeniem dbałości o najmniejsze detale zdobiące to niesamowite miejsce.



Do północnej części kompleksu, w którym mieszczą się cesarskie ogrody z urokliwymi pawilonami dotarłem z wywieszonym z pragnienia językiem. Szczęśliwie okazało się, że chińscy 'prywaciarze' pomyśleli o spragnionych turystach i serwowali im wyborne - w takich okolicznościach - Tsingtao.


Jak nietrudno się domyśleć nie byłem jedynym turystą z aparatem w Zakazanym Mieście, niektórzy jednak koniecznie chcieli dostosować technologię robienia zdjęć do czasów, z których pochodzą cesarskie budynki ;)