wtorek, 28 sierpnia 2012

A Reflection

Wokół Władysława Tomczyka zrobiło się głośno gdy jako uliczny skrzypek zarejestrował własną działalność i zaczął za wrzucane do kubeczka grosiki wystawiać rachunki fiskalne. Swego czasu był o nim artykuł w Gazecie Wyborczej i reportaż w - bodajże - Ekspresie Reporterów.

Dzisiaj całkowicie przypadkowo trafiłem na kanał nowojorskiej agencji reklamowej Variable, współpracującej m.in z Nike, Coca-Colą i National Geographic i podczas przeglądania spota reklamowego studia, na który składały się urywki stworzonych przez nich filmów z zaskoczeniem zobaczyłem pana Władysława.

Ekipa Variable od miesiąca realizowała w Europie komercyjny projekt gdy przypadkowo spotkali w Katowicach ulicznego skrzypka. Zdecydowali się zostać trzy dni dłużej by bez scenariusza, listy zdjęć, prowadzeni jedynie narracją pana Władysława stworzyć w śląskiej scenerii taką perełkę:


A Reflection from Variable on Vimeo.

PS - Dla takich zdjęć warto kliknąć pełny ekran i włączyć HD.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Bez-kidsy...

Pierwszy raz od siedmiu (słownie: siedmiu) lat pojechaliśmy w góry bez dzieciaków. Korzystając z tak niebywałej okazji za cel naszej wędrówki obraliśmy sobie beskidzki szczyt szczytów czyli Babią Górę, na którą zamierzaliśmy się wdrapać żółtym szlakiem, przez Perć Akademików. To najbardziej strome i jednocześnie najbardziej ciekawe podejście na Diablak, z łańcuchami i klamrami na kilku ścianach. O ile nie stanowi ono specjalnej przeszkody dla dorosłego to dla dzieciaków w wieku Marysi i Marty, byłoby pewnie dość niebezpieczne. 

Nim jednak rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na dobre, zdążyłem wystarczająco nakląć na drogi, dzięki którym 110 kilometrów do Zawoi pokonaliśmy w oszałamiającym czasie dwóch godzin i dwudziestu minut. Wychodzi średnio 47 km/h - mniej więcej tak jak na pozbawionej dróg Syberii. Magda przeczytała w samochodzie blisko jedną trzecią "Oblężenia" Pereza-Reverte, ja żałowałem, że nie zabrałem nic do czytania dla siebie. Pocieszałem się jednak tym, że nie przyjechaliśmy tam jeździć tylko chodzić.

Na początku czekało nas podejście z Zawoi do schroniska Markowe Szczawiny. Przyzwyczajeni do wędrowania wraz z dzieciakami żółwim tempem, narzuciliśmy sobie dość szybki marsz chcąc wykorzystać fakt, że tym razem nie trzeba nikogo ciągnąć za rękę czy też nosić na barana. Po przejściu kilkudziesięciu metrów z lasu wyjechał traktor, którego kierowca zaproponował nam podwiezienie w górę, a które my z uśmiechem politowania odrzuciliśmy.

Po pierwszym kilometrze zacząłem nerwowo rozglądać się na boki zastanawiając się jak to możliwe, że wyprzedzają mnie siedemdziesięcioletni dziadkowie i matki niosące swoje pociechy w nosidełkach. Po kolejnych pięciuset metrach Magda stwierdziła, że nie będzie się zatrzymywała co pięć minut i poczeka na mnie w schronisku. Na początku drugiego kilometra, kiedy już zacząłem się zastanawiać ile koszulek na zmianę mam w swoim plecaku i przestałem zwracać uwagę na triumfujące miny wymijających mnie wielopokoleniowych rodzin, zrozumiałem dlaczego nie dostałem powołania do reprezentacji na Londyn 2012.

Ledwo doczłapałem do schroniska gdzie udało mi się przestraszyć niemalże wszystkich biwakujących, którzy spoglądając na mnie zastanawiali się z pewnością jak to możliwe, że tam na dole leje jak z cebra a tutaj u góry słońce. Po kilku minutach odpoczynku dla nabrania oddechu, Magda dobiła mnie pytaniem: Idziemy czy chcesz jeszcze odpocząć? Pomyślałem wówczas, że pora przejść do planu "B", czyli częstych postojów pozornie w celu popstrykania kilku zdjęć a tak naprawdę dających mi zasłużoną chwilę wytchnienia.

Ze schroniska, znacznie już bardziej leniwym tempem, wyruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku szczytu Babiej Góry. W dolnej części podejścia, na samym początku trasy nasz wzrok przykuły olbrzymie paprocie, pięknie wkomponowujące się w leśne otoczenie. Zresztą ta urokliwa roślina towarzyszyć nam będzie przez długą część naszej wędrówki. Zgodnie z planem, ja zająłem się fotografowaniem, a Magda - w oczekiwaniu aż skończę pstrykać - konsumowała leśne jagody.

1. Roślinność na wysokości schroniska Markowe-Szczawiny
2. Magda zabija nudę zjadając leśne jagody
Po kilku minutach szlak gwałtownie wspina się w górę wyprowadzając nas na kamienną trasę, która z każdym krokiem robi się coraz bardziej stroma i coraz bardziej dzika. Niesamowita ilość kwiatów i roślin, których nazw nie potrafię nawet wymienić, obrasta zbocza wąskiej i krętej ścieżki a wszystko to otoczone wielkimi paprociami i kłaniającymi się w kierunku słońca drzewami oraz majestatycznymi, kamiennymi osuwiskami. Już po kilku minutach wędrówki Percią Akademików, wciąż jeszcze przed dotarciem do skałek, byliśmy pewni, że to będzie nasz ulubiony szlak w Beskidach.
3. Fragment żółtego szlaku - Perć Akademików
Do najchętniej opisywanej części Perci Akademików dotarliśmy wciąż jeszcze będąc pod wrażeniem wcześniejszej trasy. Na widok skalnego zbocza z zamontowanymi łańcuchami i wyrastającymi z każdej szczeliny kolorowymi kwiatami uśmiechnęliśmy się do siebie. To bez wątpienia dający najwięcej frajdy fragment żółtego szlaku. Chociaż jego przejście nie nastręcza żadnych trudności nawet średnio wysportowanym osobom (no nie żebym tak od razu siebie zaliczał do tych bardziej wysportowanych) to z pewnością pokonanie tej części szlaku zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych tras Beskidu wiodących najczęściej wśród wymierających świerków.

4. Dający najwięcej radości fragment szlaku.

W chwili kiedy wciągając brzuch, przytulony do ściany trawersowałem skalnym zboczem wiatr przedmuchał na chwilę chmury ukazując przepięknie położone u stóp Babiej Góry miejscowości Beskidu Żywieckiego i Makowskiego. Wznosząc się na wyżyny swoich akrobatycznych umiejętności w celu przepuszczenia zniecierpliwionych turystów wydobyłem aparat z torby. Magda cierpliwie znosiła moje poszukiwania interesującego pierwszego planu dla zdjęcia, co było dla niej o tyle trudne, że akurat w tej części szlaku nie rosły jagody.

5. Widok ze ścianki
6. A tutaj Beskidy z pierwszym planem
Ostatnią przeszkodą, tuż przed rozpoczęciem bezpośredniego podejścia na Babią Górę, jest kilkumetrowa ściana skalna, na której zamocowane są specjalne klamry pełniące funkcję drabiny. Wejście nią w górę poza kilkoma zadrapaniami nie nastręcza specjalnych problemów. Wciąż jednak zastanawiam się jak tamtędy zeszła w dół, mijana przez nas podczas podejścia, para z małym dzieckiem i jeszcze mniejszym psem.
7. Magda podczas wspinaczki na skały.
Wypada też napisać kilka słów o pogodzie, dlatego że Babia Góra słynie z nieprzyjaznej turystom aury. Od samego początku zanosiło się na deszcz a jasne mgły otaczały pobliskie szczyty. Im bliżej jednak byliśmy Babiej Góry z tym większa ochotą przez chmury przebijało się słońce. Gdy rozpoczęliśmy ostatni fragment podejścia, okolica nabrała barw a z oparów mgieł wyłoniła się alpejska roślinność. Zachęcony poprawiającymi się warunkami starałem się nieco przyspieszyć i omal nie wyzionąłem ducha gdy postawiłem nogi na szczycie. Tak byłem zaabsorbowany walką z własnymi słabościami, że nawet nie zauważyłem, że w ciągu kilku minut słoneczna pogoda zmieniła się diametralnie, a wierzchołek Babiej Góry okupują uchodźcy z gułagu.

8. Grupa zagranicznych harcerzy tudzież scoutów.
Dwie kromki chleba z pasztetem i dwa pomidory później okazało się, że jednak warto było czekać. Słońce znów powoli przebiło się przez chmury oświetlając okoliczne zbocza.

9. Widok z Babiej Góry na Małą Babią
10. Ten uśmiech mówi sam za siebie.
11. To się nazywa mieszkać 'w pięknych okolicznościach przyrody'
Zejście z Babiej zaplanowaliśmy czerwonym szlakiem, w kierunku Przełęczy Brona. To znacznie wygodniejsza trasa, zapewniające przez swoją większą część naprawdę zapierające dech w piersiach widoki, szczególnie że na tej wysokości krajobraz pozbawiony jest porastających niemalże cały Beskid świerków a widok w kierunku Małej Babiej Góry przypomina nieco tatrzańskie scenerie.
12. Początek zejścia z Babiej Góry czerwonym szlakiem.
13. Połacie kosodrzewiny.
Schodząc nie mogliśmy wyjść z podziwu przyglądając się garderobie niektórych turystów. Koszulki na ramiączka (również z siateczki), cienkie bermudy do tego obowiązkowa torebka na pasku a czasami nawet reklamówka w dłoni. Najbardziej jednak zachwyciły mnie często pojawiające się sandały i to w wersji wieczorowej nie sportowej. Dziś stawiam odważną tezę, że to działania celowe - w końcu wejście na Babią w sandałach można śmiało porównać do zdobycia K2 bez tlenu. A jeśli już o turystach mowa to była ich na szczycie całkiem spora ilość, nie tak duża jednak, jakby można w okresie wakacyjnym oczekiwać. Polując na zdjęcia zdarzało mi się nawet od czasu do czasu ustrzelić kadr, na który nie załapał się żaden piechur.

14. Obowiązywały różne stroje
15. Odpoczynek na czerwonym szlaku
Zejście ze szczytu, w porównaniu do wspinaczki okazało się nadzwyczaj lekkie i przyjemne tym bardziej, że słońce coraz dłużej towarzyszyło naszej wędrówce. Ciemne chmury za to, z mocą magnesu przyciągał do siebie szczyt Babiej Góry. Warto było na chwilę zatrzymać się i odwrócić w jego kierunku.
16. Kosodrzewina z Babią Górą w tle

17. Krzyż na czerwonym szlaku. W tle Babia Góra.
Po dojściu do Przełęczy Brona Magda przekonała mnie do szybkiego wejścia na Małą Babią Górę, która znajduje się raptem 20 minut od tego miejsca. Chciałbym napisać, że na szczyt dostaliśmy się w tempie ekspresowym, byłoby to jednak prawdą tylko w połowie. Gdy już dotarłem do odpoczywającej na górze Magdy przypomniałem sobie uprzejmego kierowcę traktora z początku naszej przygody. Widać gość poznał się na mnie po pierwszych kilkudziesięciu metrach. W myślach zacząłem nawet kombinować czy przypadkiem nie dałby rady wjechać aż tutaj, nadciągająca burza przywróciła mnie jednak do rzeczywistości.

W pośpiechu zeszliśmy ponownie do schroniska licząc, że uda nam się umknąć przed ulewą. W połowie drogi do Zawoi  zaczęło delikatnie siąpić, co stanowiło jednak nawet pewne orzeźwienie dla mojej duszy i ciała. Droga na szczyt Babiej Góry szlakiem Akademików to zdecydowanie najciekawsza trasa ze wszystkich tych, które poznaliśmy dotychczas w Beskidach. Jak tylko nasze "kidsy" nieco podrosną to z pewnością tam wrócimy. Pewnie nie będę wówczas jedyną marudząca osobą na szlaku.

środa, 1 sierpnia 2012

Powoli wstaje słońce

Niedziela. Pobudka o 2:30. Ledwo zwlekam się z łóżka dziękując w myślach, że to nie zima i że nie muszę odśnieżać samochodu. Na chwilę mrozi mnie dźwięk przychodzącego SMSa, ale tym razem PKP dojedzie, jedynie spóźni się 10 minut. Jak zwykle, już na dworcu okazuje się, że Bartek musiał na mnie czekać bo pociąg odrobił te 10 minut na trasie. 

Wjeżdżamy na Mikołowską ze zdumieniem przecierając oczy na widok gościa, żwawo maszerującego chodnikiem o 3:40 rano w samych slipach. Widać, że w Katowicach potrafią się bawić! Zresztą okolice aresztu zawsze były najbardziej rozrywkową częścią tego miasta. Oczywiście aparaty leżą zamknięte w  bagażniku, wtedy kiedy najbardziej by się przydały.

Droga upływa nam na dyskusjach nie tyle 'czy' ale 'kiedy' zacznie lać. Znając naszego pecha obstawiałem, że zaraz po dojechaniu na miejsce i wyjściu z samochodu. Zbliżając się do celu wszystko zdawało się potwierdzać moją hipotezę. Wprost nad ruinami zamku w Olsztynie ciemne chmury i walące raz za razem pioruny. Parkujemy na parkingu pod zamkiem niechcący płosząc jakąś parkę w samochodzie.

Ruiny zamku pięknie oświetlone. Reflektory walą z taką mocą, że na miejscu trzeba mrużyć oczy i strasznie się nagimnastykować by świateł nie mieć w kadrze. Bartek na skałkach pomyka jak kozica, ja staram się nie zabić oddychając z wysiłku rękawami. Każdy kombinuje jak tu wykadrować zamek by uniknąć w tle architektury wątpliwej urody. Powoli wstaje słońce...