czwartek, 30 grudnia 2010

Notatka z niezapowiedzianej śmierci...

Od razu wyjaśnię, żeby nikogo niepotrzebnie nie stresować - cztery tygodnie temu śmierć zabrała w swe szpony mojego Seagate'a a wraz z nim ku mojej i Magdy rozpaczy wszystkie foty od 2005 roku.

Nic jej nie zapowiadało.
Nikt jej nie mógł przeszkodzić.
Szanse na zmartwychwstanie znikome.

Wszystkiego mi się, kurwa odechciało. A już w szczególności fotografowania i blogowania.

Na szczęście szok powoli mija. Jak widać.

Tygodniowy urlop miał być okazją do skreślenia paru pozycji z mojej 'Check Listy'. Pojechał ze mną Michniewicz z 'Samsarą', McCarthy z 'Krwawym Południkiem' i Mendoza ze swoja 'Lekką Komedią'. W wypadku nadmiaru świątecznego rozgardiaszu uniemożliwiającego spokojne czytanie liczyłem na szwagierkę i jej miłość do niezawodnego Cobena.

Dupa blada. Nic nie przeczytałem.

Za to do listy dzięki niewielkiej pomocy naszych przyjaciół spokojnie dopisać mogę Zafona z 'Mariną', Marqueza z 'Raportem z pewnego porwania', Głowackiego z 'Good night, Dżerzi', Zusaka ze 'Złodziejką Książek', McCarthiego z 'Dziecię Bożym' oraz Eco z 'Baudolino' i 'Wyspą dnia poprzedniego'.

Dzięki!

Wzrok zaspokoiłem oglądając raz jeszcze 'The American' a w szczególności Violante Placido - Kwintesencję kobiecości w full HD.

Ale mówiąc poważnie to zdecydowanie najbardziej niedoceniony film tego roku. Pora się wybrać do 'Castel del Monte' na wakacje.

Już za chwilę Dwa Tysiące Jedenasty.
Warto czekać. Chociażby z powodu 'Tree of Life' Terrenca Mallicka.

.

czwartek, 18 listopada 2010

Złote Popołudnie....

Listopad jak na razie (i oby jak najdłużej) rozpieszcza nas słonecznym weekendami. W ostatnią niedzielę, tuż przed ostatnim wyścigiem Kubicy w tym sezonie zdecydowaliśmy się na prawdopodobnie ostatni w tym miesiącu (z powodu fatalnych prognoz pogody) szybki wypad nad wodę. Tym razem naszym celem był pobliski Imielin i zbiornik Dziećkowice. Dzieciarnia z racji wytarzania się w piachu, mokrych rąk aż po łokcie i możliwości lania się po łbach wyschniętą trzciną z radością uczestniczyła w tej ekspresowej wyprawie. Rodzice delektowali się promieniami słonecznymi, brakiem zapierającego oddech wiatrzyska i temperaturą na plusie. Widok urozmaicała nam grupa osób, którym w tym roku nie udało się wyjechać na ciepłe wakacje nad Bałtyk :)
Marta.

Marysia.

Dziećkowice.

Dno

Urlopowicze-1

Urlopowicze-2

niedziela, 14 listopada 2010

TODO List...

Pomarańczki komisarza Montalbano, Mistyfikacja, The American, Mind Body and Soul, Samsara. Na drogach, których nie ma, Cold Souls, Przekrój nr 43, Days of Heaven, Singularity, The Thin Red Line, Przypadek Justyny, Raj tuż za rogiem, Changeling, The Good Wife s02e05, Jesień Patriarchy, Wroniec, FallOut New Vegas, Żmija, Ciotka Julia i Skryba, Charlie i Lola, the Limits of Control, Dragon Age: Origins, Tulipany, Call Me Fitz s01e01, Munyurangabo, Lucky Days, The New World, Precious, The Hurt Locker, Lourdes, Przekrój nr 44, Machinarium, Wycieczka do Tinardi, Niezwykła podróż Pomoponiusza Flatusa, Krwawy Południk, Miasto Cudów, Broken Flowers, Głosy z Ulicy, The Man From the Earth, Mass Effect 2, Wąż w kaplicy, Raport z pewnego porawania, Psychonauts, Unmade Beds, The White Ribbon, The Imaginarium of Doctor Parnassus, Los Abros Rottos, Morderstwo w La Scali, Medieval Total War 2, Człowiek w cieniu, Hunger, Badlands, Po śniadaniu, Call of Duty MW2, Głos skrzypiec, Fallout3, Na grobli, Into the wild, Cache, Alice in Wonderland, The Chronicles of Riddick Assault on a Dark Athena, Wojna Końca Świata, Five Minutes of Heaven, Deliverance, Extensa...

i tylko czasu nie ma :(

sobota, 16 października 2010

Witamy w prawdziwym świecie Panie Tagomi.


Dla mnie to news tygodnia!

Ridley Scott zrealizuje dla BBC czterogodzinny mini serial na podstawie 'Człowieka z Wysokiego Zamku', Philpa K. Dicka.
Skąd to podekscytowanie?

Primo - Ze wszystkich do tej pory niezekranizowanych powieści Phila ta zasługuje na to w pierwszej kolejności, jest bowiem jedną z jego najlepszych.

Secundo - Scott jest jedynym reżyserem, który już raz wziął się za barki z twórczością Dicka i wyszedł z tego film - w tym wypadku nie boję się użyć tego słowa - kultowy: Blade Runner, będący adaptacją 'Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?'

Tertio - Nie jest to produkcja dla Hollywood, co minimalizuje szanse na obsadzenie w głównej roli Nicolasa-wciąż-ta-sama-drewniana-mina-Cage'a ;) A tak na poważnie, to po ciuchu liczę, że BBC podejdzie do tematu zarówno z rozmachem jak i z wiernością oryginałowi.

Ridley Scott and Philip K. Dick. Photo by Kim Gottlieb

źródło informacji o serialu: guardian.co.uk

"Reality is that which, when you stop believing in it, doesn't go away." - Phlip K. Dick / Valis.

niedziela, 10 października 2010

niedziela, 3 października 2010

Definitywny Koniec Sezonu...

Dzieciarnia co prawda zakatarzona, my od kilku dni na gripexie i witaminie 'C', szkoda jednak w te - prawdopodobnie - ostatnie słoneczne dni, kisić się w chacie. Popołudniowy wypad na spacer nad chłodne jezioro paprocańskie zakończył się równie zimnym zachodem słońca.






PS. Chociaż od strony plaży miejskiej niezwykle trudno o ciekawy pierwszy plan, to liścia nie wrzucałem celowo, sam sobie tam leżał :)

PS2. Od tygodnia nie mogę znaleźć mojej szybko-złączki do statywu i już mnie kurwica bierze. Nie ma to jak coś, sobie dobrze schować, tak, żeby nie zapomnieć przypadkiem :(

poniedziałek, 13 września 2010

Essential Killing

Przez szeroko rozumiane media przewaliła się ostatnio nawałnica informacji o sukcesie najnowszego filmu Jerzego Skolimowskiego na festiwalu w Wenecji. I choć Specjalne wyróżnienie Jury to nie Złoty czy Srebrny Lew to niewątpliwe jest to ogromny sukces polskiego reżysera. Sam Skolimowski ze stosownym dystansem podszedł do festiwalowych wydarzeń a odbierając nagrodę dla najlepszego aktora w imieniu Vincenta Gallo stwierdził:

"Jestem pewien, że chciałby podziękować swojemu reżyserowi - Jerzemu Skolimowskiemu, autorowi scenariusza - Jerzemu Skolimowskiemu i producentowi, który znalazł pieniądze na jego gażę - Jerzemu Skolimowskiemu."

W rozmowie z Donatą Sobutko rezyser przyznał, że obawiał się o szanse swojego filmu z powodu osoby tegorocznego przewodniczącego jury, którym był Qunetin Tarantino, który "jak większość ludzi nie znosi Vincenta Gallo".

Poniżej oficjalny zwiastun a także efekt pracy znanej już nie tylko na naszym krajowym podwórku firmy od efektów specjalnych Platige Image.



sobota, 21 sierpnia 2010

"Las Moment"

Chociaż przymierzaliśmy się do kolejnego wypadu w góry niemalże od pierwszych dni po powrocie z urlopu, dopiero dzisiaj, na szybko zdecydowaliśmy się na wyjazd w Beskid Śląski. Nasz wybór padł na Ustroń skąd chcieliśmy się wspiąć w towarzystwie naszych dzieciaków na Czantorię. Już na miejscu okazało się, że nagle podjęta decyzja to prawdziwe 'Las Moment', jak głosiły ogłoszenia w ustrońskim biurze turystycznym, którego nazwę łaskawie przemilczę. Jednak zrobienia foty, nawet telefonem odmówić sobie nie mogłem.Będąc w szoku, zastanawiałem się nawet początkowo czy to nie jest przypadkiem nazwa własna jak nie przymierzając 'Las Palmas', jednak wisząca obok identyczna oferta 'Las Moment' z wczasami na Chorwacji zdecydowanie przerwała ten tok myślenia. W desperacji, kombinowałem, że może chodzi o jakąś mega ofertę wyprzedażową i jej hasło reklamowe 'Las Monet', jednak po dokładnym przeliterowaniu upewniłem się, że i tak nie jest. Rozbawieni ruszyliśmy z miasta w kierunku wejścia na szlak i ledwie uszliśmy kilka metrów gdy z głośnika zamontowanego domowym sposobem na dachu sprowadzonego zza zachodniej granicy VW Golfa huknął na nas 'Największy pokaz gadów egzotycznych. Legwany! Warany! Wenże'.

Nie wiedzieć dlaczego nie skusiliśmy się, a po kilkunastu minutach uciążliwego marszu stanęliśmy u progu niebieskiego szlaku, który w tak kontrastującej z hałasem centrum Ustronia ciszy, miał nas doprowadzić do szczytu Czantorii. Miłą dla oka i obiektywu kaskadę wodną tuż na początku leśnej części szlaku wzięliśmy za dobry omen wyprawy, co rzeczywistość dosyć szybko zweryfikowała.
Blisko siedmiokilometrowe podejście o dużym nachyleniu, bez jednego choćby nawet płaskiego fragmentu, z 11-to kilogramowym maluchem w nosidełku na plecach i 18-to kilogramową czterolatką, która po podejściu pierwszych pięciuset metrów stwierdziła, że już ją nogi bolą (choć jak czas pokazał mężnie dotarła o własnych siłach na sam szczyt) dało nam nieźle w kość. Wymyślanie sposobów zabawiania Marty i dokarmiania Marysi (jak miała co gryźć, to nie miała jak ryczeć) skutecznie umilało nam czas. Przy okazji przerywanego częstymi odpoczynkami podejścia udało mi się zweryfikować jeden z odwiecznych problemów fotografii: Jak Mama trzyma aparat, to wszyscy potulnie patrzą w obiektyw......natomiast, gdy aparat jest w rękach Ojca, to mimo nawoływań po imieniu, nazwisku, udawaniu psa, kota, ptaszka bądź małpy nikt - poza mocno zszokowanymi, przechodzącymi obok turystyami - nie jest zainteresowany spojrzeniem w kierunku fotografującego.Dlatego też, co widać na jednym z powyższych zdjęć zdecydowałem się, zamienić swój sprzęt na aparat Hello Kitty, który dzięki wymiennym panelom przednim i różowym kolorze zawsze skupi wzrok fotografowanego na obiektywie.

I chociaż cała wyprawa była prawdziwym wyzwaniem przynajmniej dla mojego organizmu to nasza wspinaczka zakończyła się koniec końców całkiem sympatycznie, bowiem na szczycie Czantorii czekała na nas wieża widokowa a z niej urokliwy rzut oka na Ustroń...... oraz dalszą część beskidzkiego pasma górskiego. Zejście zaplanowaliśmy w iście szatański sposób, skorzystaliśmy bowiem z wynalazku w postaci kolejki linowej na Czantorię, co spowodowało, że na kilka minut nasze dzieci zamurowało. Niestety, w okolicy piątego słupa nośnego ku naszej rozpaczy, mowa im wróciła, dlatego też do domu wróciliśmy otoczeni radosnym, dziecięcym gwarem.

czwartek, 19 sierpnia 2010

piątek, 16 lipca 2010

Przystanek Islandia.

Może odrobinę dziwnie się ubierają. Nieco dziwniej mówią i dziwnie się nazywają. A już na pewno ich wulkan ostatnio mocno zadziwił linie lotnicze. Jednak z pewnością warto rozważyć to jakże dziwne miejsce na najbliższy plener foto. Jak nie w tym to w następnym roku.

Warto podkręcić nieco głośniki i kliknąć na przycisk HD.


Inspired by Iceland Video from Inspired By Iceland on Vimeo.

środa, 14 lipca 2010

Spartans! What is your profession?





Tak świętują mistrzowie. A Pepe Reina jako wodzirej jest nieasmowity! Najlepszy fragment imho:

"He goes to the bathroom and does a sprint,
He goes to eat and does a sprint
He goes to bed and runs in the bed. Peeeeedrito!
"

Chociaż spieprzył szansę na drugiego gola przeciwko Niemcom.

What is your profession?

wtorek, 13 lipca 2010

Love is all around...


Ostatnio spotkałem Ich w Parku. Od czasu gdy zrobiłem im tę fotkę nie próżnowali. Załoga powiększyła się już o dzieciaka i psa. Wszystkiego dobrego!

wtorek, 22 czerwca 2010

Piknik na skraju...

Cementownia Jaworzno-Szczakowa jest niemalże ucieleśnieniem moich wyobrażeń o tym jak wygląda słynna Zona z powieści braci Strugackich. Założona w 1855 roku Fabryka Portland Cementu przetrwała dwie wojny światowe i prawie cały okres PRLu. Dziś powiedzieć o niej, że niszczeje, to za mało - dosłownie rozpada się na drobny pył, tak, że wkrótce nie pozostanie po niej najmniejszy ślad...










Jak prawdziwy Stalker (dodatkowo odganiający się od zajadle atakujących komarów) przemierzyłem w doborowym towarzystwie tą lokalną ZONĘ, otoczoną rozpadającymi się budynkami by zaskoczeniem stwierdzić, że nawet w takim miejscu jak resztki Cementowni jest miejsce na miłość ;)

czwartek, 10 czerwca 2010

Hello Camera...


Zasilanie: 2xAAA
Kolor: różowy
Rozdzielczość: 3,2MP
Optyka: niewymienna, 8 x zoom cyfrowy
Front: wymienny, dwa fronty Hello Kitty w komplecie

A teraz:
Nieustanne ćwiczenia poprawnej kompozycji, perfekcyjnej ekspozycji i wrażliwości na świat pod groźbą licznych kar cielesnych, aż do zdobycia nagrody World Press Photo w co najmniej w trzech kategoriach równocześnie ;-)

niedziela, 30 maja 2010

Nikiszowiec

Nikiszowiec to robotnicze osiedle z początku XX w. wybudowane dla górników kopalni 'Giesche'. Zwarta, powtarzająca się, ceglana zabudowa uformowała całe osiedle, na które oprócz budynków mieszkalnych (dla 8 tys ludzi!) składają się także kościół, szkoła i szpital. Zaprojektowana przez Georga i Emila Zillmanów dzielnica wywiera piorunujące wrażenie.

Nikisz, na współczesnej fotografii najczęściej prezentowany jest w monochromatycznej estetyce, która doskonale współgra z ceglastą architekturą. Mgliste poranki w ciasnych ulicach dzielnicy pozwalają oglądającemu fotografię niemal przenieść się sto lat wstecz. Mając uzasadnione obawy co do pogody, którą matka natura mogła nam zgotować na niedzielny poranek i jednocześnie wielką chęć na foto-wypad, postanowiliśmy zatem z Bartkiem o 4:30 wyruszyć w kierunku Ńikisza, który - jak podejrzewaliśmy - nawet w deszczu będzie łakomym kąskiem dla fotografa. Tym razem, jednak natura sprawiła nam zaskakujący prezent.

Zamiast skąpanego w deszczu i mgle osiedla zobaczyliśmy Nikisz ciepły i kolorowy, taki jaki rzadko można zobaczyć na fotografiach, Nikisz w promiennach porannego słońca.

Punktem centralnym całej dzielnicy jest kościół Św. Anny, którego budowę z cegieł pobliskiej cegielni rozpoczęto w 1916 roku.


Trzykondygnacyjne budynki mieszkalne, których budowę rozpoczęto w 1908 roku składają się ze 165 mieszkań. Razem z podwórzem i ulicą zajmowały przeciętnie 1300 m². Całe osiedle ma powierzchnię około 200 tys m². Typowe mieszkanie w Nikiszowcu składa się z 2 pokoi z kuchnią o łącznej powierzchni około 63 m².

Szkoła podstawowa nr 53 im. Stefana Żeromskiego, wybudowana w 1911 roku. Początkowo podzielona na męską i żeńską, połączona w 1964 roku. Wcześniej w okresie okupacji była szkołą niemiecką.


W podwórzach znajdowały się pomieszczenia gospodarcze: chlewiki, komórki i piec do wypieku chleba oraz place zabaw dla dzieci górników.

Raz jeszcze Kościół Św. Anny w penej krasie. Widoczne logo Ruchu Chorzów, to jeden z licznych na Nikiszu przejawów wojny kibiców z fanami GKSu Katowice.


Kościołów Św. Anny w zbliżeniu, wraz z detalami.

A na koniec Bartek wypoczywający na ławeczce Nikiszowskiego Parku.

poniedziałek, 24 maja 2010

Dos de Mayo

Drugiego Maja 1808 roku stolicę Hiszpanii ogarnęła gorączka wolności. Za myśliwskie strzelby, kuchenne noże czy wreszcie balkonowe donice, chwycili ślusarze, stolarze, garncarze i wielu innych mieszkańców Madrytu. Podczas gdy wojsko hiszpańskie debatowało nad sposobem przypodobania się Francuzom, prości ludzie stanęli na przeciw wielotysięcznej armii. 13 lat później, umierając na wyspie św. Heleny, Napoleon Bonaparte przyzna, że "Wszyscy ci Hiszpanie, zachowali się jak ludzie honoru".

Arturo Perez Reverte wstrząsające zdarzenia owego, majowego dnia przedstawia z iście kronikarską drobiazgowością, zasypując czytelnika dziesiątkami prawdziwych imion i nazwisk, które przez 200 lat zapomniane widniały jedynie na spisie ofiar tych okrutnych wydarzeń. Każde nazwisko z kart powieści jest prawdziwie, tak jak i każde opisane zdarzenie. Licencia Poetica autora, to jedynie relacje między uczestnikami tego konfliktu.

Joaquín Sorolla y Bastida, Defensa del Parque de Artillería de Monteleón

Początkowo, brak jednego, wyraźnie zarysowanego bohatera powieści sprawia wrażenie nieładu, z każda przewracaną stroną jednak, zdawałem sobie sprawę, że Reverte dzięki temu zabiegowi perfekcyjnie przedstawia zamęt owego dnia. Akcja, co rusz przerzuca nas z jednego miejsca na drugie, świetnie oddając nerwowość uczestników buntu. Z czasem, czytelnik koncentruje się mocniej na losach dwóch spośród nielicznych dowódców wojskowych, którzy wbrew rozkazom, a nawet wbrew swojej pierwotnej woli (Luis Daoiz) stają obok mieszkańców Madrytu walcząc o wolność Hiszpanii.

Obrona arsenału Monteleon to najbardziej przejmujący fragment powieści. Pozbawieni pomocy z zewnątrz, zdający sobie sprawę z nieuchronnego, Pedro Velarde i Luis Daoiz walcząc jak lwy, dowodzą chaotycznymi grupami kilkudziesięciu cywilów, w z góry skazanej na porażkę potyczce z blisko dwutysięcznymi siłami wojsk Napoleońskich. I choć dowództwo oraz rząd tymczasowy Hiszpanii, owych śmiałków obarczył odpowiedzialnością i na nich zrzucił całą winę za majowe powstanie to dziś na placu Drugiego Maja w Madrycie stoi ich pomnik. A posągi lwów strzegące wejścia do budynku Kongresu Deputowanych w Hiszpanii noszą imiona... Velarde i Daoiz.

'Dzień Gniewu' czyta się doskonale, tak przecież świetnie wpisuje się polski mit romantycznego bohatera ginącego za swój kraj i nie przeszkadza w żaden sposób, a nawet dodaje smaczku fakt, że polscy szwoleżerowie walczą po niewłaściwej stronie konfliktu.

Francisco Goya, Dos de Mayo.