piątek, 30 grudnia 2016

Dwa tysiące szesnasty...

Dzisiaj bardzo krótkie podsumowanie dwa tysiące szesnastego. Można powiedzieć, że to taki rok w liczbach. W kolejnych wpisach już w nowym roku będzie odrobinę więcej na każdy zinwentaryzowany tutaj temat, a nawet na kilka tych, których w liczbach nie skatalogowałem. Więcej o tym, co było na plus, a co zdecydowanie na minus. Zatem do dzieła: 

Przebiegłem 2251km, co zajęło mi 230 godzin; przeczytałem (nad czym ubolewam) 29 książek co daje średnio raptem jedną książkę na dwa tygodnie; obejrzałem w całości 5 seriali w tym dwa, z których oglądania zdecydowanie powinienem zrezygnować po drugim odcinku; ukończyłem 9 gierek łącznie na X360 i PC (grając głównie po nocach); wrzuciłem tylko 6 postów na bloga (to kolejny powód do bólu) i zaliczyłem 0 (słownie: ZERO! To prawdziwy dramat!) wypadów na plenery foto. Nie policzyłem obejrzanych filmów, nie było ich wprawdzie za wiele, ale w przyszłym roku już je skataloguję.

Ta prosta wyliczanka pozwala mi ustawić priorytety na nowy rok. Wśród nich jest z pewnością większa ilość wpisów na blogu, ale o tym szerzej już w pierwszym poście w 2017-tym :)

Tymczasem życzę Wszystkim Szampańskiego Sylwestra!


niedziela, 1 maja 2016

Hej Klimczoki!

Zbójnicki ród Klimczaków grasował w Beskidach w XVII wieku brawurowo łupiąc nie tylko podróżnych ale i całe okoliczne wsie. Z historii tych trzech zbójnickich hetmanów mających swoją kryjówkę w jednej z jaskiń u podnóża Gorycznej Skałki zwanej dzisiaj za ich sprawą Klimczokiem można ulepić filmowy archetyp rabusia. 

Wojciech zakończył swój żywot w sposób absolutnie klasyczny, został bowiem publicznie powieszony za żebro. Mateusz zbiegł w tajemniczych okolicznościach z więzienia w Pilicy, a za jego głowę wyznaczono pokaźną nagrodę, na którą skusił się jeden z jego własnych wojów. Janowi natomiast, którego banda zbójników podczas potopu szwedzkiego ocaliła miasto Żywiec, w nagrodę za pomoc udzieloną królewskim wojskom król Jan Kazimierz odpuścił wszelkie przewiny.

Nam wczoraj na swej drodze nie było dane spotkać żadnego z potomków Klimczaków :)












niedziela, 3 stycznia 2016

Arcos de la frontera

Gdy wchodzimy w zacieniony zaułek dobrą chwilę trwa nim nasze oczy, oślepiane blaskiem pobielonych ścian zaczynają rejestrować szczegóły. Małolata z ospale kroczącym na smyczy labradorem; balansujące na granicy jarmarcznego kiczu i sztuki kontrastujące swym intensywnym kolorem z wszechobecną bielą religijne ceramiki zdobiące sąsiednie elewacje; wiszące na murach doniczki, w których kwitną kwiaty, tak chyba trochę na przekór surowej przyrodzie; uchylone drzwi prowadzące wprost do sklepiku, w którym lokalny sprzedawca głośno rozmawia z dwoma policjantami w przepoconych mundurach. Na chwilę przerywają swoją dyskusję przyglądając się nam w ciszy, jakby czekając aż wejdziemy do środka i zastanawiając się pewnie przy tym, ile z ich dyskusji byliśmy w stanie zrozumieć. Wchodząc szepczemy Buenas tardes do tej dosyć osobliwej trójki, po czym kupujemy dwie butelki wody gazowanej, koniecznie z lodówki, a dla dziewczyn lody i mrużąc oczy ponownie wychodzimy wprost w czekającą na nas na zewnątrz, ciężką od tego przeklętego upału andaluzyjską biel.