Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jezioro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jezioro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2014

Między żywiołami

Świat zastygł w pół drogi między żywiołami. Monochromatyczna pustka wtłoczona pomiędzy powierzchnię wody a tafle lodu. Trwa w swym niezdecydowaniu, aż po horyzontu kres.



niedziela, 27 maja 2012

Beskid Tour - część druga...

W progu naszego domostwa zagościła wiosenna Angina, z tego powodu mimo pięknej pogody wyjścia ograniczamy do krótkiego spaceru wokół osiedla. Przesiadywanie w czterech ścianach to jednak dobra okazja do blogowania, a już w szczególności dobra okazja do odrobienia blogowych zaległości. Dzisiaj druga część (a to jeszcze nie koniec!) zdjęć, które powstały podczas całodniowego pleneru w Beskidzie Żywieckim.

Z nad Jeziora Żywieckiego z nadzieją na lepszą pogodę przenieśliśmy się do Lipowej, skąd rozpoczęliśmy nasz foto-marsz w górę, wzdłuż koryta Zimnika. Potok płynący wartkim strumieniem, w stosunkowo głębokim korycie z licznymi przełomami, to bardzo fajny temat dla fotoamatorów. Oczywiście pod warunkiem, że uda im się zejść w dół skalnych ścian, unikając złamania kończyn. 

Jako że Bartek zajął jedyny dogodny do rozłożenia się kamień na środku rzeki, zostałem zmuszony do zastosowania taktyki 'na bosaka', co pozwoliło mi przekonać się, że stanie w pierwszych dniach maja, w rwącym, górskim potoku boso nie jest najlepszym pomysłem. Wydaje mi się, że to właśnie wówczas zrozumiałem również, skąd się wzięła nazwa Zimnik. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że zdjęcie butów i skarpet a także podwinięcie spodni - wszystko to z plecakiem na plecach i aparatem w ręku - zajęło mi dobre dwanaście minut, zacisnąłem strzykające z zimna zęby i postanowiłem pstryknąć minimum jedno ujęcie. 

Jak tylko usłyszałem odgłos zwalnianej migawki zdecydowałem się szybko ewakuować na pobliski kamień, dzielącą nas odległość pokonując gepardzim skokiem. Nie wziąłem jednak poprawki na to, że buty z solidną podeszwą stoją kilka metrów obok a kamień jest cały mokry. Wymachując rękoma, łapałem równowagę i zsuwając się zepchnąłem do rzeki Bartka. Sprzęt na szczęście przetrwał. Nieco przemoczeni ruszyliśmy w kierunku Skrzycznego, ale to już temat na następną opowieść.

Zimnik uchwycony z pozycji 'na bosaka', tuż przed skokiem.
Widok 'w dół' Zimnika.
Potok.
Bartek głowiący się nad mistrzowską kompozycją.

sobota, 22 października 2011

Polowanie na barwy jesieni.

Nasze polowanie na - być może ostatnie już w tym roku - jesienne kolory zaplanowane z Bartkiem mieliśmy na terenie ruin Zamku w Olsztynie. Na miejscu chcieliśmy być minimum godzinę przed wschodem słońca, tak by rozpoznać teren, zaplanować poszczególne kadry i w spokoju popstrykać. Dzięki zwyczajowej punktualności PKP zamiast w Częstochowie wylądowaliśmy w Tychach, nad jeziorem paprocańskim. Jedynym miejscem, do którego mieliśmy szansę dotrzeć tuż przed wschodem słońca.

W pośpiechu (to już dla nas niemalże nowa, świecka tradycja, że wszystko jest na szybko) zajęliśmy miejsce na wałach wokół jeziora skąd roztaczał się urokliwy widok na lokalną wersję Domu nad Rozlewiskiem.

Kilka pstryknięć w otoczeniu zaciekawionych wędkarzy i przyszła pora by przenieść się na bardziej dogodny do obserwacji wschodu słońca brzeg jeziora, który nas już raz, boleśnie doświadczył zimą 2009 roku.



Wraz z pojawiającym się na horyzoncie słońcem, barw zaczęła nabierać roślinność. W kilkadziesiąt sekund szary brzeg nabrał kolorów a słońce pięknie podświetliło charakterystyczny półwysep i całą linię brzegową.


Tak jak zimą znów dotarliśmy aż do Zameczku w Promnicach.

Udało nam się nawet zagłębić w - momentami naprawdę magiczny - las, który mienił się w ostrym słonecznym świetle, różnymi kolorami jesieni.


Na koniec, po przedarciu się przez leśną gęstwinę, trafiliśmy na łąkę, której część pozostawała w cieniu urokliwie kontrastując swoimi zimnymi, oszronionymi barwami z pozostałą, słoneczną częścią.

Z racji swego położenia Paprocany stanowią dla nas obiekt 'ratunkowy' jeśli chodzi o planowane wypady fotograficzne i jak widać powyżej doskonale się dzięki swojej różnorodności z tej roli wywiązują.

poniedziałek, 16 maja 2011

Poranna Wyprawa

To miał być piątkowy, w pełni kontrolowany, wieczorno-nocny wypad na zdjęcia. Perfekcyjnie zaplanowane miejsce, transport, rozpoznana optymalna lokalizacja fotografów oraz położenie słońca i pogoda.

Skończyło się jak zwykle u nas...

Sobotnim, całkowicie niekontrolowanym wyjazdem na wschód słońca. Miejsce oraz sposób transportu rozesłałem SMSem w piątek o 22:56. W sobotę o 4:12 już spóźnieni, gnaliśmy z Bartkiem A4-ką do Imielina, gdzie czekać na nas miał Piotrek. Zdążyliśmy przed pojawieniem się słońca nad zalewem w Dziećkowicach, w czym wydatnie pomogła nam urokliwa mgła z nad tafli jeziora. A później...

...później zaczęło się świetlno-mgliste widowisko z wędkarzami w tle...
...oraz na pierwszym planie.
Pojawiające się nad taflą zalewu słońce zabarwiało niebo na ogniste kolory...
...by na chwilę przygasnąć...
...a zaraz potem eksplodować!
Ostre światło zmusiło nas do przerzucenia się na chwilę na tryb "makro"...
...a także zmierzenia się z trudnymi dla fotografa warunkami.
Przed odjazdem wypatrzyliśmy jeszcze pobliskie wzgórze a na nim pola...
...i rzepak z Beskidami w tle.
Cholera, nie wiem teraz czy jest sens planować następny wyjazd kiedy te nieplanowane tak udanie wypadają?

czwartek, 5 maja 2011

Łornitolog...

- A Pan to kto? Łornitolog?
- Nie. Nie ornitolog. Zdjęcia robię...
- Ale ptaków?
- Nie. Nie ptaków. Krajobrazu. Jeziora.
- Aha... Bo jakby jednak łornitolog to mogę Panu pokazać gdzie je pełno kormoranów!
Jezioro Wulpińskie, Dorotowo. 27 kwietnia 2011. Kormoranów jednak nie było.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Wielkanocne pstrykanie...

Ostatni, "niezwykle udany" wyjazd na zdjęcia sprawił, że swój krótki, świąteczny urlop chcę wykorzystać w dużej mierze na zabawę aparatem. W Wielką Sobotę zabrakło nieco czasu by popstrykać w przepięknej pogodzie, w Niedzielę zatem planowałem odbić to sobie z nawiązką. Wielkanocny poranek przywitał mnie słońcem, z czasem jednak było coraz gorzej. Najpierw pogoda w kratkę a potem już tylko chmury i deszcz.

Kuszony przez Teściową smakowitymi, świątecznymi potrawami (o wyższości świąt Wielkanocnych nad świętami Bożego Narodzenia więcej w następnym wpisie) a także przez Teścia i Szwagra, powiedzmy, smakowitymi napitkami, w obliczu niepewnej pogody miałem poważny dylemat czy sobie jednak nie odpuścić. Szare niebo nie zwiastowało niczego dobrego. O 17:30 zdecydowałem się jednak wyruszyć nad jezioro Pluszne z postanowieniem, że nawet jeśli nie będzie stosownych warunków to przynajmniej poszukam sobie ciekawych miejscówek na późniejsze wypady. Okazało się, że tym razem Matka Natura przygotowała dla mnie niespodziankę.

Zachód słońca w Pluskach choć bez fajerwerków okazał się całkiem przyzwoity. Kilkanaście minut słońca na bezludnej plaży pozwoliło mi poczuć foto-feeling i wypróbować nowy statyw.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Epic Fail!

O 4:07, na trzynaście minut przed planowaną pobudką zdecydowanym ruchem ręki wyłączyłem budzik w telefonie. Chociaż zazwyczaj w dupie mam wstawanie o tak nieludzkiej porze, szczególnie w Niedzielę, tym razem chciałem zmierzyć się ze wschodem słońca nad zalewem w Dziećkowicach, sprawdzając w terenie nowy statywik. Lenistwo przeważyło. Po szybkim rozważeniu wszystkich za i przeciw, odwróciłem się na drugi bok i ponownie zanurzyłem się wprost w objęcia Morfeusza.

Drugie zerknięcie na zegarek - 5:07. Jak się ruszę to zdążę dojechać przed 5:40 czyli tuż przed 'show' matuli Natury. Zerknąłem przez okno. Pogoda ok.

Wskoczyłem w znoszone jeansy i polar, którego istnienie przeczy prawom fizyki. W lewą rękę złapałem torbę ze sprzętem, w prawą nowy statyw. Rytualne poszukiwanie dokumentów i kluczyków do samochodu. Biegnąc na dół niemal spadłem ze schodów. Jeszcze buty, sznurówki, drzwi i jazda. Na trasie S1 nieco mglisto, będą fajne foty. Gnam na wyścigi, światła coraz więcej czasu coraz mniej. Jeszcze pod jezioro trzeba podjechać a nie bardzo pamiętam drogę. Lewo, prawo, długo prosto. Kończy się asfalt, zaczyna się las. Znowu drzwi, sprzęt, statyw. Prawie biegiem do brzegu. Miejscówka jest ok, warunki też. Uśmiechnąłem się do siebie - zaraz się zacznie! Rozłożyłem statyw, wyjąłem aparat, zmieniłem portretówkę na szeroki kąt, dokręciłem polar. Jeszcze tylko przełącznik na 'on' i...

KURWA, KURWA, NO ŻESZ KURWA MAĆ!

Akumulator został w domu, w ładowarce.

Złożyłem statyw, odkręciłem polar, aparat ze złością schowałem do torby. Odwróciłem się i na chwilę usiadłem na brzegu. W oddali szybko przebiegły trzy sarny. Niebo jak kożuchem mleka pokryte białą mgłą, zaiskrzyło wnet szkarłatem. iPhone'm strzeliłem pożegnalną fotę. Tak tylko, pro-forma.