Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 kwietnia 2013

Każdy z uczciwych taterników

"Każdy z uczciwych taterników nosi w sobie ideał góry niepokonanej inaczej życie nie miałoby dlań sensu. Przed każdym wyrasta niedostępna ściana w którą kiedyś należy wstąpić. Ważne jest jedno: Żyć na wysokości, Nie ugiąć się pod naporem i ciśnieniem poziomu górnego, Nigdy nie spaść w dół".

 Jalu Kurek

Poranek na Hali Rycerzowej z widokiem na Tatry, 23 marca 2013 r.

piątek, 25 stycznia 2013

Kartek Szelest - Styczeń

Zimowa porcja książkowych rekomendacji:

1.Eustachy Rylski, Po śniadaniu
Koniecznie! Przede wszystkim dlatego, że Rylski pisze tak, jak ma na imię - wytwornie, nietuzinkowo i na dodatek, z niemałym wdziękiem. 

2. Artur Domosławski, Kapuściński non-fiction
Niezwykła opowieść o niezwykłym człowieku w cholernie zwykłych czasach PRLu. Warto!

3. Jo Nesbo, Czerwone Gardło
Fikcja, w którą nie sposób uwierzyć. Larsson może spać spokojnie, Nesbo nie tylko nie strącił, go z tronu ale się nawet do niego nie zbliżył. Lepiej sięgnąć po coś innego.
 
4. Paul Auster, Sunset Park
Świetna, nienachalna opowieść o samotności, ucieczce, poszukiwaniu szczęścia i trudnych wyborach we współczesnym świecie. Bez patosu i łzawych morałów.

wtorek, 11 grudnia 2012

Kartek szelest...

Dla wszystkich, którzy wciąż jeszcze cenią sobie popołudniowo-wieczorny szelest kartek nad brzdąkanie przycisków w czytniku e-booków (i znajdują na to czas), garść świeżych rekomendacji:

1. Julian Barnes, Arthur & George 
Koniecznie, bo to wyborna, wielowarstwowa lektura o wszystkim, co w życiu ważne. I na dodatek nie sposób się nudzić.

2. Mario Vargas Llosa, Listy do młodego pisarza
Nie daj się nabrać na notkę wydawcy i nawet jeśli kochasz prozę Llosy - odpuść sobie. Chyba, że zamierzasz w najbliższym czasie studiować literaturę.

3. Eduardo Mendoza, Prześwietny raport kapitana Dosa.
Komedia nie do końca absurdalna, szczególnie kiedy zdasz sobie sprawę, że bliżej jej do rzeczywistości niż to się na pozór wydaje.

4. Ian Rankin, Otwarte drzwi
Akcja rwie do przodu tak, że nawet nie zauważysz kiedy skończysz ją czytać. Tym bardziej, że wydawca zdecydował się na litery wielkości piłek golfowych i podwójną interlinię.

niedziela, 11 listopada 2012

Smak ksiażek

Od czasu do czasu na Krawaciarza wrzucałem wpisy poświęcone ostatnio przeczytanym książkom, szczególnie tym, które wywarły na mnie większe wrażenie. Jako, że wpisy te nijak nie przystają do wiodącej tematyki tego fotograficzno-rodzinnego bloga, od dawna nosiłem się z zamiarem stworzenie osobnego bytu w sieci, w którym mógłbym się dzielić tym, co mi akurat do czytania w ręce wpadło.  I wreszcie, po długich tygodniach odkładania tego na później udało się!

Taadaam!! Powstał smak-ksiazek.blogspot.com

Nie mogę obiecać, że będzie jakoś specjalnie systematycznie.
Nie mogę obiecać, że będzie jakoś specjalnie rzeczowo.
Nie mogę obiecać, że będzie tylko o książkach wybitnych.

Jedyne co mogę obiecać to, że będzie uczciwie i mam nadzieję, że w miarę smacznie.
Niezależnie od tego, co kto lubi.

Zapraszam!

sobota, 4 lutego 2012

Rewolucjonista bez karabinu

Kapuścińskim, nigdy się nie zachwycałem. Nie wertowałem Cesarza w te i we wte z nabożną czcią, w poszukiwaniu akapitów o Hajle Sellasje, które w rzeczywistości obnażały mechanizmy PRLu. Nie polowałem na zdania - perełki w Hebanie, nie padałem na kolana przed Imperium i Wojną Futbolową.

Z tego powodu, afera rozpętana po wydaniu Kapuściński non-fiction Artura Domosławskiego nie bardzo mnie interesowała. Fakt, że Ryszard Kapuściński, pozwalał sobie na "podkolorowywanie" niektórych wydarzeń w swoich reportażach w żaden sposób mnie nie zaskoczył a tym bardziej nie zbulwersował. Fakt, że miał kontakty ze służbami bezpieczeństwa PRLu, też mnie specjanie nie zdziwił - każdy korespondent PAP rezydujący w krajach wpływów państw zachodu, z pewnością pozostawał w orbicie zainteresowań komunistycznych służb. Wreszcie, nie był dla mnie  zaskoczeniem fakt, że oprócz żony Alicji, w jego życiu były również inne kobiety. Reporter, podróżnik na dodatek w blasku sławy wystawiony był pewnie na wiele pokus. A jednak w biografii Kapuściński non-fiction znalazłem jedną rzecz, która mnie ogromnie zaskoczyła.

Znalazłem w niej Ryszarda Kapuścińskiego.

Dzieciaka z Pińska. Poetę z Warszawy. Dziennikarza ze Sztandaru, Polityki, Kultury, Gazety Wyborczej. Reportera z Azji. Reportera z Afryki. Reportera z Ameryki. Ale też przede wszystkim - Człowieka. Człowieka, z krwi i kości. Syna. Brata. Męża. Ojca. Przyjaciela. Wroga. Pisarza. Podróżnika. Bohatera. Tchórza.
 
Wielką ironią losu, Ryszard Kapuściński jest znacznie ciekawszy na kartach biografii Domosławskiego niż ten będący wytworem precyzyjnej autokreacji literackiej, na stronach reportaży samego Kapuścińskiego.

Znalazłem Ryśka.

czwartek, 2 lutego 2012

Una Ragazza Inglese


Gdybym był prawdziwym italiano po trzydziestce i znalazłbym chwilę czasu - pomiędzy zajadaniem się spaghetti z dużą ilością czosnku i bułki tartej, dbaniem o swój nienaganny trzydniowy zarost i uśmiechaniem się do swojej squinzii - na wpis na blogu, prawdopodobnie zaczynałby się tak: Una ragazza Inglese...

Od poniedziałku bowiem 'chodzi' za mną, dawno już przeczytana, z wielką przyjemnością zresztą, powieść 'Morderstwo w La Scali'. Przez kilka dni usilnie zastanawiałem się, co było przyczyną tego, że znów sięgnąłem po książkę Tomasza Piątka aż nagle, dzisiaj: Bum! Eureka! Bezpośrednim katalizatorem była fenomenalna fotografia Ruth Orkin: American Girl in Italy.


copyright by Ruth Orkin
 
Fotografia, choć wykonana pół wieku wcześniej, może posłużyć za ilustrację tej powieści. Fotografia, a na niej Jinx Allen przechadzająca się samotnie ulicami Florencji w otoczeniu tych wszystkich ragazzi italiani, którzy jak pisze Piątek "dorastają dopiero po trzydziestce piątce[...] A do tej pory za ich życie - jedzenie, studia, samochód, komórkę i very expensive Italian clothes, you know what I mean, wiadomo, włoskie ciuchy - płaci la mamma".

Ale powieść Piątka i zdjęcie Orkin łączy coś więcej niż tylko żartobliwe spojrzenie na Włocha-Mężczyznę-Wiecznego Chłopca. To postać niezależnej, zbuntowanej, silnej a jednak wciąż poszukującej samej siebie Kobiety-Nie-Włoszki: takiej jak Jinx ze zdjecia, takiej jak Ruth z drugiej strony obiektywu, takiej jak powieściowa pół włoszka, pół angielka Judith. Kobiety jako przeciwieństwa la mamma..

Oba dzieła łączy także perfekcyjny styl: American Girl... to doskonała kompozycja i jednocześnie emanująca z fotografii 'naturalność', Morderstwo... to niebywała lekkość i zwinność języka, której szczerze autorowi zazdroszczę, a dzięki której niemalże każdą stronę zamieszkują takie perełki: "Ty jak narzekasz, to słychać, że się nie godzisz na to, na co narzekasz. A jak Włoch na coś narzeka, to się na to godzi."
Tomasz Piątek zresztą pod płaszczykiem powieści kryminalnej ukrył bowiem nie tylko satyrę na Włochy ale także prawdziwą rozprawę o filozofii, religii, kulturze, społeczeństwie i życiu rozumianym jako ciągłym poszukiwaniu własnej drogi i tożsamości. Kim jestem? W co wierzę? Gdzie jest moje miejsce?

Una ragazza Inglese czy może jednak Una ragazza Italiana?

sobota, 16 października 2010

Witamy w prawdziwym świecie Panie Tagomi.


Dla mnie to news tygodnia!

Ridley Scott zrealizuje dla BBC czterogodzinny mini serial na podstawie 'Człowieka z Wysokiego Zamku', Philpa K. Dicka.
Skąd to podekscytowanie?

Primo - Ze wszystkich do tej pory niezekranizowanych powieści Phila ta zasługuje na to w pierwszej kolejności, jest bowiem jedną z jego najlepszych.

Secundo - Scott jest jedynym reżyserem, który już raz wziął się za barki z twórczością Dicka i wyszedł z tego film - w tym wypadku nie boję się użyć tego słowa - kultowy: Blade Runner, będący adaptacją 'Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?'

Tertio - Nie jest to produkcja dla Hollywood, co minimalizuje szanse na obsadzenie w głównej roli Nicolasa-wciąż-ta-sama-drewniana-mina-Cage'a ;) A tak na poważnie, to po ciuchu liczę, że BBC podejdzie do tematu zarówno z rozmachem jak i z wiernością oryginałowi.

Ridley Scott and Philip K. Dick. Photo by Kim Gottlieb

źródło informacji o serialu: guardian.co.uk

"Reality is that which, when you stop believing in it, doesn't go away." - Phlip K. Dick / Valis.

poniedziałek, 24 maja 2010

Dos de Mayo

Drugiego Maja 1808 roku stolicę Hiszpanii ogarnęła gorączka wolności. Za myśliwskie strzelby, kuchenne noże czy wreszcie balkonowe donice, chwycili ślusarze, stolarze, garncarze i wielu innych mieszkańców Madrytu. Podczas gdy wojsko hiszpańskie debatowało nad sposobem przypodobania się Francuzom, prości ludzie stanęli na przeciw wielotysięcznej armii. 13 lat później, umierając na wyspie św. Heleny, Napoleon Bonaparte przyzna, że "Wszyscy ci Hiszpanie, zachowali się jak ludzie honoru".

Arturo Perez Reverte wstrząsające zdarzenia owego, majowego dnia przedstawia z iście kronikarską drobiazgowością, zasypując czytelnika dziesiątkami prawdziwych imion i nazwisk, które przez 200 lat zapomniane widniały jedynie na spisie ofiar tych okrutnych wydarzeń. Każde nazwisko z kart powieści jest prawdziwie, tak jak i każde opisane zdarzenie. Licencia Poetica autora, to jedynie relacje między uczestnikami tego konfliktu.

Joaquín Sorolla y Bastida, Defensa del Parque de Artillería de Monteleón

Początkowo, brak jednego, wyraźnie zarysowanego bohatera powieści sprawia wrażenie nieładu, z każda przewracaną stroną jednak, zdawałem sobie sprawę, że Reverte dzięki temu zabiegowi perfekcyjnie przedstawia zamęt owego dnia. Akcja, co rusz przerzuca nas z jednego miejsca na drugie, świetnie oddając nerwowość uczestników buntu. Z czasem, czytelnik koncentruje się mocniej na losach dwóch spośród nielicznych dowódców wojskowych, którzy wbrew rozkazom, a nawet wbrew swojej pierwotnej woli (Luis Daoiz) stają obok mieszkańców Madrytu walcząc o wolność Hiszpanii.

Obrona arsenału Monteleon to najbardziej przejmujący fragment powieści. Pozbawieni pomocy z zewnątrz, zdający sobie sprawę z nieuchronnego, Pedro Velarde i Luis Daoiz walcząc jak lwy, dowodzą chaotycznymi grupami kilkudziesięciu cywilów, w z góry skazanej na porażkę potyczce z blisko dwutysięcznymi siłami wojsk Napoleońskich. I choć dowództwo oraz rząd tymczasowy Hiszpanii, owych śmiałków obarczył odpowiedzialnością i na nich zrzucił całą winę za majowe powstanie to dziś na placu Drugiego Maja w Madrycie stoi ich pomnik. A posągi lwów strzegące wejścia do budynku Kongresu Deputowanych w Hiszpanii noszą imiona... Velarde i Daoiz.

'Dzień Gniewu' czyta się doskonale, tak przecież świetnie wpisuje się polski mit romantycznego bohatera ginącego za swój kraj i nie przeszkadza w żaden sposób, a nawet dodaje smaczku fakt, że polscy szwoleżerowie walczą po niewłaściwej stronie konfliktu.

Francisco Goya, Dos de Mayo.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Lód


Z Lodem Jacka Dukaja jest jak niemal z każdą jego powieścią. Przez pierwsze siedem, osiem stron zgrzytam zębami pod naporem nowych pojęć, słów i nazwisk; Przecieram oczy z trudnością wpatrując się w prawdopodobnie najmniejszą na świecie czcionkę; Chwilami zmuszam się by powrócić do wcześniejszego akapitu aby zrozumieć sens dialogu bądź - jak to u Jacka bywa - rozbudowanego zdania. Czasami nawet odkładam Dukaja na półkę, niech poczeka na mój lepszy dzień.

Lód czekał na swój dzień siedem miesięcy. O trzy mniej niż wcześniejsze Inne Pieśni i pięć mniej niż Czarne Oceany (przy tym progresie dostrzegam pewną szansę, na przeczytanie następnej powieści zaraz po przyniesieniu z księgarni). Tym razem Dukaj na pierwszych stronach wymalował swoim piórem skutą lodem Warszawę trzeciej dekady XX w. pod rosyjskim panowaniem z całym inwentarzem rosyjskich nazw, nazwisk i słów (Bogu dzięki, że nie zdecydował się ich pisać cyrylicą bo pewnie przeszło mu to przez myśl) a głównym bohaterem powieści uczynił kontestującego arystotelowską logikę polskiego matematyka. I choć przebrnąłem dopiero przez niecałe sto pięćdziesiąt stron tej liczącej ich ponad tysiąc bukwy a Benedykt Gierosławski jest dopiero na samym początku swej podróży na Syberię to znów zgrzytam zębami.

Zgrzytam zębami z zazdrością niespełnionego grafomana, który chyli czoła przed literackim kunsztem Dukaja; Przecieram oczy ze zdumieniem wgłębiając się w misternie skonstruowany świat wielowymiarowej logiki, polityki i - nade wszystko - Lodu; Chwilami zmuszam się by powrócić do fenomenalnego akapitu w którym mister Dragan okazuje się być Nikolą Teslą. I tylko jedna rzecz w tym zakończeniu różnić się będzie od wstępu: Z pewnością nie zamierzam odkładać Dukaja na półkę przez następne kilka dni.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Wakacyjne leżakowanie...

Poniedziałkowy Wieczór.
Dwudziesta druga zero, zero.
Urlopik.
Właściwie to trzeci dzień urlopiku... A precyzyjniej - trzeci wieczór urlopiku...

Przede mną: Heineken w butelce, Timecatcher w laptopie i Umberto Eco w czarnej okładce.
Za mną: Harlan Coben w paperback'u, rowerowy trip ze szwagrem i krzesło... A precyzyjniej - oparcie krzesła.

Naciskam podgląd, oglądam, cofam się i klikam klika enterów. Tekst oprócz treści musi mieć swój rytm. Rytm którym teraz nadaję. Pojedyncze łyki z zielonej butelki, szybkie spojrzenia na ekran, krótkie zdania. Urlopowy Rytm.

Dzisiaj, wreszcie załapałem wakacyjny 'feeling'. Dopiero przy sto któreś stronie Cobena zorientowałem się, że już to czytałem. Co mi tam... Doczytałem do końca. Lubię ten patetyczny początek "Kiedy trafiła mnie pierwsza kula pomyślałem o swojej córce" i ten hollywoodzki koniec "Potem zamykam drzwi i biorę moją córeczkę na ręce". Nie wiem tylko na cholerę te czterysta piętnaście stron pomiędzy. Czyta się jak popcorn. Szybko i przyjemnie, tylko czasem zęby bolą. Chociaż, to dobrze, że Seidman znajduje córkę.


Teraz patrzę na Tajemniczy Płomień Królowej Loany. Czarna okładka, biało-czerwona czcionka i kadry z komiksów. W bibliotece obiecałem sobie, że nie będę czytał noty wydawcy z tyłu okładki... Przeczytałem... Zapowiada się na lekko post-modernistyczny bełkot i zabawę konwencjami. A niech Umberto ma swoją szansę. Autor, który robi głównym bohaterem swojej powieści Antykwariusza zawsze dostanie u mnie szansę. Z resztą należy mu się za Wahadło Foucaulta.

Drugi Heineken. Tylko otwieracza nie mogę znaleźć. Sekunda...
Przybył szwagier z odsieczą. Na szczęście.

Po rowerku trochę kostka boli. No, ale nie trzeba było jej skręcać klika miesięcy wcześniej... Albo przynajmniej pójść do lekarza... Z drugiej strony skąd u licha mogłem w kwietniu wiedzieć, że za trzy miesiące będę jeździł na rowerze? Prorok jakiś czy co?

A tak swoją drogą jak jeszcze raz klawiatura przełączy mi się na Polski(214) to mnie chuj trafi.

Na Timecatcher trzech nowych landszaftowych fotografów. Fajni. Tacy naturalni. Za to Patrick wrzucił swoje landryny z opisami jak z ulotki scientologów: "Most people are too blind to see that Heaven is here on Earth.". Skąd on ma tyle czasu na podziwianie przyrody między dobieraniem obiektywu, ustawianiem statywu, czekaniem na dobre światło i przygotowywaniem filtrów? Geniusz jakiś czy co?

Nic to... Pozostaje pozazdrościć kolesiowi...
Pora zawinąć na noc do portu...