Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Into the Alps 2.0

Pierwszy raz w ostatnich dziesięciu latach wspólnych (w dwie rodziny) wyjazdów na wakacje wybraliśmy się w ten sam region, w którym byliśmy rok wcześniej. Oczywiście w góry. I to takie bez dzikich tłumów na trasach mimo wielu atrakcji dla dzieci, z pięknymi górskimi widokami, słuszną wysokością nad poziomem morza i miejscami, do których wciąż będziemy wracać.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Po prostu

I chociaż dialogi momentami nieco kuleją, a Agata Trzebuchowska pięknie się uśmiecha za to słabiej gra to warto Idę zobaczyć. Dla doskonałej Agaty Kuleszy, interesującej opowieści bez zbędnego patosu i fenomenalnych zdjęć Łukasza Żala i Ryszarda Lenczewskiego

Bo to dobry film jest. Tak po prostu.






środa, 25 czerwca 2014

Long Live Film

Indie Film Lab i Kodak wybrali się w podróż by zadać tylko jedno pytanie: Dlaczego ludzie wciąż kochają fotografowanie na kliszy? Warto poświęcić te 45 minut, żeby uzyskać odpowiedź.

wtorek, 10 czerwca 2014

Centralnie

Przy okazji krótkiej video-notatki o Stanleyu Kubricku przywołałem postać Wesa Andersona, jako przykład reżysera zwracającego baczną uwagę na układ kadru w swoich filmach. Poniżej dowód na to jak sprawnie wykorzystuje w swoich filmach kompozycję centralną.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Okiem Kubricka

Perspektywę z jednym punktem zbiegu, często wraz z symetrią w kadrze, odważnie wykorzystywał w swoich filmach nieodżałowany mistrz Stanley Kubrick. Swoją drogą smutne jest to jak niewielu twórców filmowych przykłada dziś na tyle wystarczająco dużą uwagę do scenografii i kompozycji, by uczynić z niej element równoważny fabule. Z mainstreamu do głowy przychodzi mi jedynie Wes Anderson, w którego filmach niestety, scenografia i kompozycja bierze czasami górę nad fabułą...

poniedziałek, 28 stycznia 2013

To The Wonder

Jeśli ktoś ma wątpliwości za co kocham Terrence'a Malicka może sobie kliknąć w linki do moich wcześniejszych wpisów o nim poniżej. Dzisiaj pozostaje mi jedynie wrzucić zwiastun jego najnowszego filmu - To The Wonder. Niech sam przemówi!


Wcześniejsze wpisy o Malicku:

1. Wielkim reżyserem jest i basta
2. Tree of Life

wtorek, 15 maja 2012

Different kinda cop.

- Your turn to play bad cop?
- Nah, good cop and bad cop left for the day, I'm a different kinda cop.*

Przez ostatni rok, przynajmniej na jeden wieczór w tygodniu razem z Magdą, przenosiliśmy się do Farmington - dzielnicy murzyńskich gangów, meksykańskich karteli i ormiańskiej mafii. Dzielnicy dziwek, pedofilii, złodziei i narkomanów. Dzielnicy skorumpowanych polityków, seryjnych morderców, bezwzględnych katów, a czasem przypadkowych zabójców. Dzielnicy brudnych gliniarzy.

Przez ostatni rok, przynajmniej jeden wieczór w tygodniu spędzaliśmy w towarzystwie kapitana Davida Acevedy, detektywów Vica Mackey, Shane'a Vendrella, Ronnie'go Gardockiego, Curtisa Lemansky'ego, Claudette Clyms, Dutch'a Wagenbacha, sierżant Danielle Sofer i oficera Julien'a Lowe.

Przez ostatni rok, przynajmniej przez jeden wieczór w tygodniu, zastanawialiśmy się czy żeby złapać seryjnego mordercę trzeba mieć w sobie pierwiastek zła by myśleć tak jak on? Czy kroczyć po ścieżce kariery można tylko strącając sterczące dookoła łby politycznych rywali? Czy żeby złapać grube ryby trzeba wypuszczać z sieci te mniejsze? Czy popełnione zło można odkupić jedynie czyniąc zło jeszcze większe? Czy wiara, zasady, wartości mają swoją cenę?

Przez ostatni rok obejrzeliśmy siedem sezonów - i tutaj nie waham się użyć tego słowa - najlepszego amerykańskiego serialu policyjnego ever - The Shield.

Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że przebrnę przez siedem sezonów jakiegoś serialu to z pewnością postukałbym się w głowę. A jednak! I żeby była jasność: The Shield jest serialem nierównym: ma odcinki gorsze i lepsze, nudniejsze i ciekawsze, na pewno jeden fatalny ale też wiele genialnych.

Dlaczego zatem The Shield?

Bo koncentruje się, w przeciwieństwie do wielu współczesnych policyjnych seriali na losach policjantów, prowadzone przez nich sprawy zostawiając jako mocne, czasami nawet napędzające kolejne wydarzenia, tło. Bo nie ma w nim podziału na tych dobrych i tych złych a każdy skrywa mroczny sekret, każdy musi złamać zasady, które wyznaje. Bo zagrany jest tak genialnie, że nie widzisz aktorów tylko ich bohaterów. Bo każdy kolejny sezon jest lepszy od poprzedniego.  Bo ma najlepiej dobraną ścieżkę dźwiękową w historii telewizji i przywrócił światu takie kawałki jak Long Time Ago - Concrete Blonde czy I hung my head - Johnny'ego Casha. Bo nawiązuje do największej korupcyjnej afery w amerykańskiej policji - Skandalu Rampart i przedstawia w najbardziej wierny sposób pracę gliniarzy na ulicy. Bo to na nim z pewnością wzorował się Patryk Vega robiąc najlepszy polski serial policyjny - Pitbulla. Bo oglądając The Shield z zaskoczeniem zdajesz sobie sprawę, że zaciskasz kciuki za prawdziwych skurwieli. I wtedy masz ochotę zawyć z rozpaczy.

W niedzielę tak trochę pędziliśmy, żeby zakończyć całość oglądając ostatni odcinek serii. I kiedy z ekranu posypała się po raz ostatni lista płac, z kapitalnie dobraną muzyką, tekstem i fragmentami ze wszystkich sezonów (wrzuciłem poniżej - spokojnie nie ma żadnych spoilerów, można śmiało oglądać) to zrobiło mi się naprawdę przykro, że to już koniec. Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało,  bohaterowie The Shield stanowili kawałek naszego życia.

Dziś śmiało mogę odpowiedzieć na pytanie z finałowego utworu serii:

- Did you have a good time?
- Hell, Yes! 
 

*Vic Mackey odpowiadający na pytanie podejrzanego podczas przesłuchania. The Shield - S01E01.

niedziela, 29 stycznia 2012

The Tree of Life

Pamiętam smak niedojrzałych papierówek zerwanych z cudzego ogródka, pamiętam bicie serca tuż przed przeskoczeniem przez płot, pamiętam szalony śmiech podczas ucieczki.

Pamiętam cygaro, które ktoś podprowadził ojcu, cygaro nie mające końca, cygaro którego nie daliśmy rady wypalić w czwórkę.

Pamiętam cztery tygodnie wagarów, cztery tygodnie radości i strachu przed jutrem. Pamiętam dzień, w którym już wiedzieli, pamiętam, że nie chciałem wrócić domu lecz wrócić musiałem. 

Pamiętam moment, w którym chłopak dostał ataku padaczki. Moment zamrożenia, moment przerażenia, moment ulgi, kiedy ktoś obrócił go na bok, włożył patyk do ust i pobiegł po pomoc. Moment wstydu, że to nie ja pomogłem.

Pamiętam drzewo, które rosło obok harcówki, drzewo na które można było wejść tylko skacząc z poręczy pobliskich schodów. Drzewo, na które nigdy nie wolno mi było się wspinać. Pamiętam strach przed wyznaniem jak to się stało, pamiętam szpital, pamiętam gips. 

Pamiętam dręczące mnie poczucie winy, po papierówkach, po cygarze, po wagarach, po ataku, po drzewie.

Dobrych chwil nie pamiętam. Nie dlatego, że ich nie było, raczej dlatego, że było ich tak wiele. Że były codziennością.

Te złe, też już właściwie zapomniałem. Nie myślę o nich, nie zastanawiam się na nimi, nie mam poczucia winy. A teraz, gdy tak je tutaj wymieniam, nawet się do siebie uśmiecham, na ich wspomnienie.

Dzieciństwo - pień Drzewa Życia, po którym wspinając się, uczę się rozpoznawać co dobre i co złe, pytam dlaczego i po co. Wybieram gałąź, którą podążam. Ale czy to na pewno mój wybór? Jak mocno determinuje mnie rodzina, wiara, przekonania? Jak mocno oplatają mnie moje korzenie?
Terrence'a Malicka - Drzewo Życia, to film cholernie osobisty. Film, w którym wraca do Waco lat 50-tych, do wspomnień o swoim ojcu i matce, do wspomnień o swoich braciach, do chwil szczęśliwości i smutku, do chwil radości i strachu, do pytań, które wówczas zadawał, a na które nigdy nie dostał odpowiedzi. Film o dorastaniu z Bogiem i obok Boga, film o poznawaniu dobra i zła, film o czasie, który płynie w przód jak wartka rzeka nie licząc się z nikim i niczym, film o tym jak miłość ma blisko do nienawiści i o tym, że wszystko ma swój początek i swój koniec. Mam wrażenie, że to również film, w którym Malick rozlicza się ze swoją przeszłością. Film, w którym oddaje hołd bratu, który odebrał sobie życie. Film, w którym Malick stara się tą śmierć zrozumieć i wybaczyć - bratu, rodzicom bądź sobie.

Drzewo Życia to zarówno symbol rodziny (drzewo genealogiczne), symbol przedstawiający pokrewieństwo wszystkich organizmów żywych na Ziemi (drzewo filogenetyczne) jak i symbol mistyczny występujący w każdej mitologii i religii świata: biblijne - Rajskie Drzewo, nordyckie - Yggdrasil, żydowskie - Drzewo Seforot. Malick z rozmysłem łączy w swoim filmie te znaczenia wplatając w rodzinną historię obrazy narodzin pierwszych form życia na Ziemi niczym z naukowych filmów przyrodniczych, tłumacząc swojemu bohaterowi, że nie musi wybierać pomiędzy drogą łaski lub natury lecz, że drogi te są ze sobą nierozerwalnie splątane. Drzewo życia to symbol łączący naukę i wiarę.

Drzewo życia to jak zawsze w wypadku filmów Terrence'a Malicka prawdziwe arcydzieło pod względem wizualnym (zdjęcia tym razem autorstwa Emmanuela Lubezkiego). Tutaj znów każde ujęcie jest perfekcyjnie skomponowane a każda scena nakręcona podczas 'złotej godziny', gdy światło zachodzącego słońca staje się nie tylko elementem dekoracji ale też często najważniejszym jej aktorem.
Wszystkie ujęcia z okresu dzieciństwa głównego bohatera, filmowane są z dołu, z wysokości dziecka, często kamerą z ręki, co daje wrażenie uczestnictwa w historii. Wiele kadrów i ujęć odnaleźć można we wcześniejszych dziełach reżysera -  spacer aleją w otoczeniu drzew tak jak w Badlands, kłosy traw jak Days of Heaven i Thin Red Line, monumentalne zbliżenia na twarze jak we wszystkich filmach Malicka. Chóralna i fortepianowa muzyka poważna dopełnia dzieła.

Część widzów podczas pokazu w Cannes wygwizdała werdykt jury przyznający Złotą Palmę Drzewu Życia, krytykując natrętne, biblijne moralizatorstwo reżysera, niezrozumiały fragment o narodzinach życia na ziemi i wszechobecny w filmie patos na pograniczu kiczu wzmocniony monumentalną muzyką i ciągłym, niemalże nawiedzonym, szeptem bohaterów.

Ja przed tym werdyktem chylę czoła.

Drzewo Życia, przeniosło mnie na chwilę do czasów mojego dzieciństwa, do chwil pozornej beztroski, do momentów poznawania świata, do pierwszych poważnych wyborów. Drzewo Życia sprawiło, że zatrzymałem się na sekundę by spojrzeć wstecz i zastanowić się, co sprawiło, że jestem taki jaki jestem. Jakie wydarzenia ukształtowały moją moralność, jakie zdarzenia ukształtowały moje Ja.
Terrence Malick stoi po przeciwnej stronie współczesnego kina realizmu, które każdą historię stara się opowiedzieć dosłownie, na pograniczu paradokumentu, bez zbędnej ornamentyki. Opowieść Malicka pozbawiona metafizyki obroniłaby się z pewnością jako historia rodziny z problemami, byłaby wówczas jedynie - albo aż - kolejnym filmem ukazującym ludzką kondycję przez pryzmat jednostki. Drzewo Życia to jednak pod każdym względem bardziej przemyślany koncept.

To nie jest najlepszy film Terrence'a Malicka. Bez wątpienia jest to jednak jego najodważniejszy film i z pewnością - dla niego - najważniejszy. Gdy obejrzałem Drzewo Życia naszła mnie smutna konkluzja, że po śmierci Stanleya Kubricka i jego 2001: Odysei Kosmicznej, jedynie Terrence Malick jest na tyle odważny a może i szalony by porwać się na zrobienie filmu, który nie tylko zadaje ale też stara się odpowiedzieć na pytanie o przyczyny i sens naszego - mojego - istnienia we wszechświecie.

niedziela, 30 października 2011

Wielkim reżyserem jest i basta!

Terrence Malick to dla mnie przede wszystkim - Cienka, czerwona linia - bez wątpienia najbardziej poetycki film o wojnie jaki widziałem. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że okrucieństwo walk na Pacyfiku można pokazać w tak magiczny i jednocześnie dosłowny sposób. Scena z falującymi łunami traw, przez które przedzierają się w natarciu amerykańscy żołnierze na zawsze zapisała się w mojej pamięci.

W oczekiwaniu na - skrajnie odbierane - Drzewo Życia na BlueRay'u, postanowiłem odświeżyć sobie dwa pierwsze filmy Terrence'a Malicka - Badlands i Days of Heaven, również w wersjach HD. Oniemiałem z wrażenia. Terrence Malick te dwie, proste historie o miłości podaje w oprawie tak dopracowanej w szczegóły, że aż zapiera dech w piersiach.

Badlands (1973 r.), pierwsze dzieło Terrence'a, to nie tylko aktorski popis Martina Sheena (stylizowanego na Jamesa Deana) i Sissy Spacek lecz przede wszystkim zwiastun stylu Malicka, dla którego każdy kadr musi być dopieszczony wizualnie do granic doskonałości, a wiele ze scen ma dodatkowe, symboliczne znaczenie. Portretowe zbliżenia bohaterów, przepiękne krajobrazy Dakoty oraz Montany i ich symbolizm pozwalają widzowi poczuć atmosferę Ameryki lat 70tych. Uwielbiam scenę, w której pozbawiony granic moralności w swym miłosnym uniesieniu, opętany manią zabijania Sheen, z dubeltówką na ramionach przygląda się pełni księżyca. Pełni, która od wieków wprawiała ludzi w szaleństwo zamieniając ich w bestie.
Days Of Heaven (1979 r.), to kolejna prosta historia Terrence'a Malicka o miłości, która urzeka swoim pięknem. Dla kogoś, kto pasjonuje się fotografią to pozycja obowiązkowa. Malick rękoma autora zdjęć Nestora Almendrosa wyczarowuje Amerykę, jak ze snu. Tutaj każdy element, każdy budynek, każdy człowiek ma swoje, doskonale przemyślane miejsce w kadrze. Na zawsze zapamiętam krajobrazy Texasu Panhandle i z pewnością na zawsze zapamiętam - znów symboliczną - scenę plagi szarańczy, która oznacza koniec dotychczasowego życia dla wszystkich bohaterów tego dramatu.W Days of Heaven widać również wyraźnie pierwszą fascynację Malicka ogromnymi przestrzeniami, na których falują, targane wiatrem kłosy pszenicy. Fascynację, która spowodowała, że Malick zdecydował się zasiać trawy na piaszczysto skalistych zboczach wysp Pacyfiku, po to li tylko, by móc je wykorzystać w Cienkiej, czerwonej linii fałszując w masowej świadomości obraz ataku amerykańskich żołnierzy na wroga. Nie ważne, że nieprawdziwy, ważne że piękny!

sobota, 16 października 2010

Witamy w prawdziwym świecie Panie Tagomi.


Dla mnie to news tygodnia!

Ridley Scott zrealizuje dla BBC czterogodzinny mini serial na podstawie 'Człowieka z Wysokiego Zamku', Philpa K. Dicka.
Skąd to podekscytowanie?

Primo - Ze wszystkich do tej pory niezekranizowanych powieści Phila ta zasługuje na to w pierwszej kolejności, jest bowiem jedną z jego najlepszych.

Secundo - Scott jest jedynym reżyserem, który już raz wziął się za barki z twórczością Dicka i wyszedł z tego film - w tym wypadku nie boję się użyć tego słowa - kultowy: Blade Runner, będący adaptacją 'Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?'

Tertio - Nie jest to produkcja dla Hollywood, co minimalizuje szanse na obsadzenie w głównej roli Nicolasa-wciąż-ta-sama-drewniana-mina-Cage'a ;) A tak na poważnie, to po ciuchu liczę, że BBC podejdzie do tematu zarówno z rozmachem jak i z wiernością oryginałowi.

Ridley Scott and Philip K. Dick. Photo by Kim Gottlieb

źródło informacji o serialu: guardian.co.uk

"Reality is that which, when you stop believing in it, doesn't go away." - Phlip K. Dick / Valis.

poniedziałek, 13 września 2010

Essential Killing

Przez szeroko rozumiane media przewaliła się ostatnio nawałnica informacji o sukcesie najnowszego filmu Jerzego Skolimowskiego na festiwalu w Wenecji. I choć Specjalne wyróżnienie Jury to nie Złoty czy Srebrny Lew to niewątpliwe jest to ogromny sukces polskiego reżysera. Sam Skolimowski ze stosownym dystansem podszedł do festiwalowych wydarzeń a odbierając nagrodę dla najlepszego aktora w imieniu Vincenta Gallo stwierdził:

"Jestem pewien, że chciałby podziękować swojemu reżyserowi - Jerzemu Skolimowskiemu, autorowi scenariusza - Jerzemu Skolimowskiemu i producentowi, który znalazł pieniądze na jego gażę - Jerzemu Skolimowskiemu."

W rozmowie z Donatą Sobutko rezyser przyznał, że obawiał się o szanse swojego filmu z powodu osoby tegorocznego przewodniczącego jury, którym był Qunetin Tarantino, który "jak większość ludzi nie znosi Vincenta Gallo".

Poniżej oficjalny zwiastun a także efekt pracy znanej już nie tylko na naszym krajowym podwórku firmy od efektów specjalnych Platige Image.



poniedziałek, 8 marca 2010

Szacun - once more.

No i wykrakałem w styczniu. Tak jak zazwyczaj jestem daleki od piania zachwytów nad wyborami 'akademii' tak tej decyzji mogę szerze przyklasnąć.
Christoph Waltz - Oscar 2010 za drugoplanową rolę męską / Bękarty Wojny.

niedziela, 7 lutego 2010

GATTACA

Guanina Adenina Tymina Cytoza...

...to zasady azotowe występujące w DNA a z ich skrótów literowych składa się tytuł jednego z najbardziej niedocenionych filmów SF w historii - GATTACA.

W zalewie efekciarskich produkcji prosto z Hollywood nacechowanych przerostem formy nad treścią, przeintelektualizowanych filmów o niczym autorstwa dawnych pseudomistrzów, czy też prawdziwej powodzi dzieł reżyserów spod znaku kina niezależnego, którzy brak elementarnej wiedzy o pracy kamery i gównianą jakość swoich (koniecznie czarno-białych) filmów zrzucają na brak funduszy zapominamy, że w kinie - jak w literaturze - najważniejsza jest opowieść.

A jeśli wszystkie elementy składające się na tę prostą, filmową historię zagrają tak jak orkiestra pod batutą Michaela Nymana to pozostaje jedynie przyklasnąć.