Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robi wrażenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robi wrażenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 stycznia 2017

Virginia '92

W 1992 roku w Kingdom, tak pięknym jak to możliwe jest tylko w amerykańskich filmach prowincjonalnym miasteczku w stanie Virginia znika młody chłopak. Śledztwo w sprawie zaginięcia Lucasa obejmuje świeżo upieczona agentka FBI Anne Tarver, której pomaga bardziej doświadczona lecz z pewnych tajemniczych względów odstawiona na boczny tor, agentka Maria Halperin. Obie ruszają na spotkanie z rodzicami zaginionego i od tego momentu nic już nie będzie tym, czym wydawało się na początku tej opowieści...

Fabuły stworzonej przez Jonathan Burroughsa nie powstydziłby się sam David Lynch i jest to prawdziwa gratka dla miłośników składania większej historii z porozrzucanych po całej opowieści drobnych okruchów. Niesamowity klimat na granicy snu i jawy niczym w Twin Peaks (do którego zresztą Viriginia fragmentami nawiązuje), czy też True Detective okraszony absolutnie fenomenalną ścieżką dźwiękową Lyndona Hollanda, która ma niebagatelny wpływ na odbiór całości (wystarczy posłuchać utworu umieszczonego poniżej). Dodatkowo autorzy sięgnęli po znane do tej pory z kina cięcia montażowe, które nadają całości filmową dynamikę. Jedyne czego mi w tej opowieści zabrakło, to więcej gameplay'u, gracz bowiem ograniczony jest  do podążania wytyczoną przez scenarzystów ścieżką za pomocą klikania od czasu do czasu tu i ówdzie. Nie zmienia to faktu, że poznawania tajemnic Virginii sprawiło mi w 2016 roku niesamowitą frajdę.



Poniżej jeden z utworów z fenomenalnej ścieżki dźwiękowej do Virginii.



Pełna lista ukończonych w 2016 roku gier:
1. Dragon Age: Inkwizycja
2. The Walking Dead #01
3. Crysis 3
4. Sleeping Dogs
5. DmC
6. Deus Ex: Human Revolution
7. Batman Arkham Asylum
8. Faster Than Light
9. Virginia

niedziela, 1 stycznia 2017

Laura P.

Podsumowanie tego, co w 2016 roku zrobiło na mnie wrażenie zacznę od kategorii, która jest przeze mnie najbardziej zaniedbana. Tak się składa, że muzyki słucham zdecydowanie zbyt rzadko, a jeśli już, to głównie tego co grywają w moim samochodowym radio, czyli - jakby to nazwał mój dobry kolega - mainstreamowego szamba. W ten oto sposób gdzieś na falach eteru wyłapałem (a wraz ze mną pewnie połowa ludzkości) głos prawdziwie nieprzeciętny, należący jak się później okazało do równie nietuzinkowej postaci. LP - Laura Pergolizzi i jej album Death Valley jak dla mnie to muzyczne odkrycie poprzedniego roku, szczególnie w takim wykonaniu jak te poniżej.


wtorek, 10 marca 2015

Starość Aksolotla

Smakowity zwiastun, świetna forma (powieść + ilustracje + modele do wydruku w drukarce 3d) i mam nadzieję, że równie wysoka forma literacka Jacka Dukaja...

poniedziałek, 2 lutego 2015

Po prostu

I chociaż dialogi momentami nieco kuleją, a Agata Trzebuchowska pięknie się uśmiecha za to słabiej gra to warto Idę zobaczyć. Dla doskonałej Agaty Kuleszy, interesującej opowieści bez zbędnego patosu i fenomenalnych zdjęć Łukasza Żala i Ryszarda Lenczewskiego

Bo to dobry film jest. Tak po prostu.






środa, 25 czerwca 2014

Long Live Film

Indie Film Lab i Kodak wybrali się w podróż by zadać tylko jedno pytanie: Dlaczego ludzie wciąż kochają fotografowanie na kliszy? Warto poświęcić te 45 minut, żeby uzyskać odpowiedź.

wtorek, 10 czerwca 2014

Centralnie

Przy okazji krótkiej video-notatki o Stanleyu Kubricku przywołałem postać Wesa Andersona, jako przykład reżysera zwracającego baczną uwagę na układ kadru w swoich filmach. Poniżej dowód na to jak sprawnie wykorzystuje w swoich filmach kompozycję centralną.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Okiem Kubricka

Perspektywę z jednym punktem zbiegu, często wraz z symetrią w kadrze, odważnie wykorzystywał w swoich filmach nieodżałowany mistrz Stanley Kubrick. Swoją drogą smutne jest to jak niewielu twórców filmowych przykłada dziś na tyle wystarczająco dużą uwagę do scenografii i kompozycji, by uczynić z niej element równoważny fabule. Z mainstreamu do głowy przychodzi mi jedynie Wes Anderson, w którego filmach niestety, scenografia i kompozycja bierze czasami górę nad fabułą...

wtorek, 13 maja 2014

Summits of my life

Noszę w sobie niewytłumaczalną słabość do takich projektów i - nade wszystko - do takich klipów. Kilian Jornet, trzykrotny zwycięzca Skyrunner World Series w kapitalnym filmie promującym jego projekt Szczyty mojego życia.


piątek, 2 maja 2014

A może Lofoty?

Najwyższa już pora planować przyszłoroczny foto wypad. A to jedno z miejsc, które zdecydowanie warto wziąć pod uwagę. Kapitalny (kadry, montaż, muzyka) klip z Lofotów.

poniedziałek, 24 marca 2014

Tym gorzej dla faktów...

Kapitalny pomysł. Interesująca narracja. Wyborna muzyka. Świetne zdjęcia. Wzruszająca historia.

Tyle tylko, że nieprawdziwa.

Robert Capa, jeden z największych fotografów wojennych rzeczywiście zginął podczas konfliktu w Indochinach w wyniku wybuchu miny przeciwpiechotnej, tyle tylko, że już od wielu lat fotografował wówczas nie Leicą a Contaxem.

No cóż, jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów.


niedziela, 17 listopada 2013

Legenda o barwurowej Barbarze

Poniżej Barbara brawurowo brnie przez hordy barbarzyńców w rytm rockowych riffów, a my jesteśmy stadnie urzeczeni Rayman Legends, bez wątpienia platformówką dekady. Pierwsze zachwyty wywołuje oczywiście oprawa audiowizualna, ale to co zdumiewa jeszcze bardziej to różnorodność gry rozumiana zarówno jako bogactwo wykreowanego świata jak i repertuar rozgrywki: kilkunastu bohaterów do wyboru (w tym rzecz jasna niepokorna Barbara absolutna faworytka moich córek), ponad sto dwadzieścia dających ogromną frajdę, zróżnicowanych poziomów do przejścia, które wymagają nie tylko zwinnych palców ale i sprawnych szarych komórek, możliwość grania w czwórkę lokalnie (cztery pady i do dzieła!) a także via sieć (nie wymaga konta Gold na Xbox Live!), rywalizacja w Wyzwaniach Tygodnia i Dnia z innymi mieszkańcami naszego globu, hodowla poczwarek, które otrzymuje się w zamian za osiągnięcia i do tego czort jeden wie co jeszcze, gramy bowiem - i ta liczba mnoga jest tu jak najbardziej wskazana bo grają w naszej rodzinie wszyscy - już dwa tygodnie, a Rayman Legends wciąż nas czymś zaskakuje i - przede wszystkim - nie nudzi. A plansze muzyczne, takie jak ta poniżej, wznoszą tę grę na poziom zarezerwowany dotychczas jedynie dla sztuki.


Wszystkim niezdecydowanym posiadaczom Xboxa 360 polecam DO POBRANIA TO DEMO, przekonacie się sami. Oj przekonacie!

sobota, 17 sierpnia 2013

...w swych lśniących maszynach.

Nie mam już wątpliwości, dlaczego kiedyś, każdy chłopak chciał zostać strażakiem. Któż inny, mógł chodzić w tak pięknych mundurach i jeździć w tak lśniących maszynach? Sam oniemiałem z wrażenia. Poniżej kilka klatek z Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach.



poniedziałek, 28 stycznia 2013

To The Wonder

Jeśli ktoś ma wątpliwości za co kocham Terrence'a Malicka może sobie kliknąć w linki do moich wcześniejszych wpisów o nim poniżej. Dzisiaj pozostaje mi jedynie wrzucić zwiastun jego najnowszego filmu - To The Wonder. Niech sam przemówi!


Wcześniejsze wpisy o Malicku:

1. Wielkim reżyserem jest i basta
2. Tree of Life

wtorek, 28 sierpnia 2012

A Reflection

Wokół Władysława Tomczyka zrobiło się głośno gdy jako uliczny skrzypek zarejestrował własną działalność i zaczął za wrzucane do kubeczka grosiki wystawiać rachunki fiskalne. Swego czasu był o nim artykuł w Gazecie Wyborczej i reportaż w - bodajże - Ekspresie Reporterów.

Dzisiaj całkowicie przypadkowo trafiłem na kanał nowojorskiej agencji reklamowej Variable, współpracującej m.in z Nike, Coca-Colą i National Geographic i podczas przeglądania spota reklamowego studia, na który składały się urywki stworzonych przez nich filmów z zaskoczeniem zobaczyłem pana Władysława.

Ekipa Variable od miesiąca realizowała w Europie komercyjny projekt gdy przypadkowo spotkali w Katowicach ulicznego skrzypka. Zdecydowali się zostać trzy dni dłużej by bez scenariusza, listy zdjęć, prowadzeni jedynie narracją pana Władysława stworzyć w śląskiej scenerii taką perełkę:


A Reflection from Variable on Vimeo.

PS - Dla takich zdjęć warto kliknąć pełny ekran i włączyć HD.

sobota, 30 czerwca 2012

Art Naif.

Na sobotni poranek Najlepsza z Żon zaplanowała rodzinną wycieczkę do pobliskiej galerii - Szyb Wilson. Dzieciarnia, która jeszcze nigdy nie miała okazji być w prawdziwej galerii malarstwa cała podekscytowana zbliżającą się wyprawą. Tata, który już w swoim życiu kilka galerii różnego rodzaju odwiedził, do przedsięwzięcia podchodził nieco sceptycznie. Słyszał, co prawda, że powstają gdzieniegdzie jakieś interaktywne muzea, w których już nie spotyka się recytujących z pamięci informacji o każdym eksponacie, znudzonych swoją pracą, przewodników ale jako, że nie widział na własne oczy to nie wierzył.

Kiedy jednak cała rodzinka przekroczyła próg wystawy Art Naif Festiwal to dzieciarnia oniemiała z wrażenia. Tata z resztą też.

Różnorodność barw i technik, mnogość szczegółów i dbałość o detale, pomysłowość autorów i ich wizje - wszystko to zapiera dech w piersiach. Dziś mam pewność, że nie ma lepszego początku dla zaznajomienia dzieciaków z szeroko rozumianą sztuką niż sztuka naiwna.  Proste, często pozbawione perspektywy i światłocienia, wyglądające jakby malowane ręką dziecka, obrazy zachwyciły nasze córy. Dziewczyny biegały od obrazu do obrazu, co chwilę pokazując sobie bądź nam jakiś szczególik. 

My także bawiliśmy się świetnie, oglądając wizje autorów z różnych stron świata a czyniąc to w takim miejscu - dawnym szybie kopalni Wieczorek, w pobliżu katowickiego Janowa, gdzie powstała słynna grupa Teofila Ociepki nabraliśmy chęci na powtórne obejrzenie genialnego filmu Lecha Majewskiego - Angelus. Kto nie widział niech najpierw odwiedzi Art Naif Festwial, a później do wypożyczalni i nadrabiać zaległości!

Marysia podziwia sztukę naiwną.
Jedna z sal wystawowych Galerii Szyb Wilson
Instalacja Przestrzeń Sterylności - Gabinet Lekarski
Prace zdobywcy Grand Prix 2009 - Jeana Deletre

wtorek, 15 maja 2012

Different kinda cop.

- Your turn to play bad cop?
- Nah, good cop and bad cop left for the day, I'm a different kinda cop.*

Przez ostatni rok, przynajmniej na jeden wieczór w tygodniu razem z Magdą, przenosiliśmy się do Farmington - dzielnicy murzyńskich gangów, meksykańskich karteli i ormiańskiej mafii. Dzielnicy dziwek, pedofilii, złodziei i narkomanów. Dzielnicy skorumpowanych polityków, seryjnych morderców, bezwzględnych katów, a czasem przypadkowych zabójców. Dzielnicy brudnych gliniarzy.

Przez ostatni rok, przynajmniej jeden wieczór w tygodniu spędzaliśmy w towarzystwie kapitana Davida Acevedy, detektywów Vica Mackey, Shane'a Vendrella, Ronnie'go Gardockiego, Curtisa Lemansky'ego, Claudette Clyms, Dutch'a Wagenbacha, sierżant Danielle Sofer i oficera Julien'a Lowe.

Przez ostatni rok, przynajmniej przez jeden wieczór w tygodniu, zastanawialiśmy się czy żeby złapać seryjnego mordercę trzeba mieć w sobie pierwiastek zła by myśleć tak jak on? Czy kroczyć po ścieżce kariery można tylko strącając sterczące dookoła łby politycznych rywali? Czy żeby złapać grube ryby trzeba wypuszczać z sieci te mniejsze? Czy popełnione zło można odkupić jedynie czyniąc zło jeszcze większe? Czy wiara, zasady, wartości mają swoją cenę?

Przez ostatni rok obejrzeliśmy siedem sezonów - i tutaj nie waham się użyć tego słowa - najlepszego amerykańskiego serialu policyjnego ever - The Shield.

Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że przebrnę przez siedem sezonów jakiegoś serialu to z pewnością postukałbym się w głowę. A jednak! I żeby była jasność: The Shield jest serialem nierównym: ma odcinki gorsze i lepsze, nudniejsze i ciekawsze, na pewno jeden fatalny ale też wiele genialnych.

Dlaczego zatem The Shield?

Bo koncentruje się, w przeciwieństwie do wielu współczesnych policyjnych seriali na losach policjantów, prowadzone przez nich sprawy zostawiając jako mocne, czasami nawet napędzające kolejne wydarzenia, tło. Bo nie ma w nim podziału na tych dobrych i tych złych a każdy skrywa mroczny sekret, każdy musi złamać zasady, które wyznaje. Bo zagrany jest tak genialnie, że nie widzisz aktorów tylko ich bohaterów. Bo każdy kolejny sezon jest lepszy od poprzedniego.  Bo ma najlepiej dobraną ścieżkę dźwiękową w historii telewizji i przywrócił światu takie kawałki jak Long Time Ago - Concrete Blonde czy I hung my head - Johnny'ego Casha. Bo nawiązuje do największej korupcyjnej afery w amerykańskiej policji - Skandalu Rampart i przedstawia w najbardziej wierny sposób pracę gliniarzy na ulicy. Bo to na nim z pewnością wzorował się Patryk Vega robiąc najlepszy polski serial policyjny - Pitbulla. Bo oglądając The Shield z zaskoczeniem zdajesz sobie sprawę, że zaciskasz kciuki za prawdziwych skurwieli. I wtedy masz ochotę zawyć z rozpaczy.

W niedzielę tak trochę pędziliśmy, żeby zakończyć całość oglądając ostatni odcinek serii. I kiedy z ekranu posypała się po raz ostatni lista płac, z kapitalnie dobraną muzyką, tekstem i fragmentami ze wszystkich sezonów (wrzuciłem poniżej - spokojnie nie ma żadnych spoilerów, można śmiało oglądać) to zrobiło mi się naprawdę przykro, że to już koniec. Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało,  bohaterowie The Shield stanowili kawałek naszego życia.

Dziś śmiało mogę odpowiedzieć na pytanie z finałowego utworu serii:

- Did you have a good time?
- Hell, Yes! 
 

*Vic Mackey odpowiadający na pytanie podejrzanego podczas przesłuchania. The Shield - S01E01.

sobota, 4 lutego 2012

Rewolucjonista bez karabinu

Kapuścińskim, nigdy się nie zachwycałem. Nie wertowałem Cesarza w te i we wte z nabożną czcią, w poszukiwaniu akapitów o Hajle Sellasje, które w rzeczywistości obnażały mechanizmy PRLu. Nie polowałem na zdania - perełki w Hebanie, nie padałem na kolana przed Imperium i Wojną Futbolową.

Z tego powodu, afera rozpętana po wydaniu Kapuściński non-fiction Artura Domosławskiego nie bardzo mnie interesowała. Fakt, że Ryszard Kapuściński, pozwalał sobie na "podkolorowywanie" niektórych wydarzeń w swoich reportażach w żaden sposób mnie nie zaskoczył a tym bardziej nie zbulwersował. Fakt, że miał kontakty ze służbami bezpieczeństwa PRLu, też mnie specjanie nie zdziwił - każdy korespondent PAP rezydujący w krajach wpływów państw zachodu, z pewnością pozostawał w orbicie zainteresowań komunistycznych służb. Wreszcie, nie był dla mnie  zaskoczeniem fakt, że oprócz żony Alicji, w jego życiu były również inne kobiety. Reporter, podróżnik na dodatek w blasku sławy wystawiony był pewnie na wiele pokus. A jednak w biografii Kapuściński non-fiction znalazłem jedną rzecz, która mnie ogromnie zaskoczyła.

Znalazłem w niej Ryszarda Kapuścińskiego.

Dzieciaka z Pińska. Poetę z Warszawy. Dziennikarza ze Sztandaru, Polityki, Kultury, Gazety Wyborczej. Reportera z Azji. Reportera z Afryki. Reportera z Ameryki. Ale też przede wszystkim - Człowieka. Człowieka, z krwi i kości. Syna. Brata. Męża. Ojca. Przyjaciela. Wroga. Pisarza. Podróżnika. Bohatera. Tchórza.
 
Wielką ironią losu, Ryszard Kapuściński jest znacznie ciekawszy na kartach biografii Domosławskiego niż ten będący wytworem precyzyjnej autokreacji literackiej, na stronach reportaży samego Kapuścińskiego.

Znalazłem Ryśka.

niedziela, 29 stycznia 2012

The Tree of Life

Pamiętam smak niedojrzałych papierówek zerwanych z cudzego ogródka, pamiętam bicie serca tuż przed przeskoczeniem przez płot, pamiętam szalony śmiech podczas ucieczki.

Pamiętam cygaro, które ktoś podprowadził ojcu, cygaro nie mające końca, cygaro którego nie daliśmy rady wypalić w czwórkę.

Pamiętam cztery tygodnie wagarów, cztery tygodnie radości i strachu przed jutrem. Pamiętam dzień, w którym już wiedzieli, pamiętam, że nie chciałem wrócić domu lecz wrócić musiałem. 

Pamiętam moment, w którym chłopak dostał ataku padaczki. Moment zamrożenia, moment przerażenia, moment ulgi, kiedy ktoś obrócił go na bok, włożył patyk do ust i pobiegł po pomoc. Moment wstydu, że to nie ja pomogłem.

Pamiętam drzewo, które rosło obok harcówki, drzewo na które można było wejść tylko skacząc z poręczy pobliskich schodów. Drzewo, na które nigdy nie wolno mi było się wspinać. Pamiętam strach przed wyznaniem jak to się stało, pamiętam szpital, pamiętam gips. 

Pamiętam dręczące mnie poczucie winy, po papierówkach, po cygarze, po wagarach, po ataku, po drzewie.

Dobrych chwil nie pamiętam. Nie dlatego, że ich nie było, raczej dlatego, że było ich tak wiele. Że były codziennością.

Te złe, też już właściwie zapomniałem. Nie myślę o nich, nie zastanawiam się na nimi, nie mam poczucia winy. A teraz, gdy tak je tutaj wymieniam, nawet się do siebie uśmiecham, na ich wspomnienie.

Dzieciństwo - pień Drzewa Życia, po którym wspinając się, uczę się rozpoznawać co dobre i co złe, pytam dlaczego i po co. Wybieram gałąź, którą podążam. Ale czy to na pewno mój wybór? Jak mocno determinuje mnie rodzina, wiara, przekonania? Jak mocno oplatają mnie moje korzenie?
Terrence'a Malicka - Drzewo Życia, to film cholernie osobisty. Film, w którym wraca do Waco lat 50-tych, do wspomnień o swoim ojcu i matce, do wspomnień o swoich braciach, do chwil szczęśliwości i smutku, do chwil radości i strachu, do pytań, które wówczas zadawał, a na które nigdy nie dostał odpowiedzi. Film o dorastaniu z Bogiem i obok Boga, film o poznawaniu dobra i zła, film o czasie, który płynie w przód jak wartka rzeka nie licząc się z nikim i niczym, film o tym jak miłość ma blisko do nienawiści i o tym, że wszystko ma swój początek i swój koniec. Mam wrażenie, że to również film, w którym Malick rozlicza się ze swoją przeszłością. Film, w którym oddaje hołd bratu, który odebrał sobie życie. Film, w którym Malick stara się tą śmierć zrozumieć i wybaczyć - bratu, rodzicom bądź sobie.

Drzewo Życia to zarówno symbol rodziny (drzewo genealogiczne), symbol przedstawiający pokrewieństwo wszystkich organizmów żywych na Ziemi (drzewo filogenetyczne) jak i symbol mistyczny występujący w każdej mitologii i religii świata: biblijne - Rajskie Drzewo, nordyckie - Yggdrasil, żydowskie - Drzewo Seforot. Malick z rozmysłem łączy w swoim filmie te znaczenia wplatając w rodzinną historię obrazy narodzin pierwszych form życia na Ziemi niczym z naukowych filmów przyrodniczych, tłumacząc swojemu bohaterowi, że nie musi wybierać pomiędzy drogą łaski lub natury lecz, że drogi te są ze sobą nierozerwalnie splątane. Drzewo życia to symbol łączący naukę i wiarę.

Drzewo życia to jak zawsze w wypadku filmów Terrence'a Malicka prawdziwe arcydzieło pod względem wizualnym (zdjęcia tym razem autorstwa Emmanuela Lubezkiego). Tutaj znów każde ujęcie jest perfekcyjnie skomponowane a każda scena nakręcona podczas 'złotej godziny', gdy światło zachodzącego słońca staje się nie tylko elementem dekoracji ale też często najważniejszym jej aktorem.
Wszystkie ujęcia z okresu dzieciństwa głównego bohatera, filmowane są z dołu, z wysokości dziecka, często kamerą z ręki, co daje wrażenie uczestnictwa w historii. Wiele kadrów i ujęć odnaleźć można we wcześniejszych dziełach reżysera -  spacer aleją w otoczeniu drzew tak jak w Badlands, kłosy traw jak Days of Heaven i Thin Red Line, monumentalne zbliżenia na twarze jak we wszystkich filmach Malicka. Chóralna i fortepianowa muzyka poważna dopełnia dzieła.

Część widzów podczas pokazu w Cannes wygwizdała werdykt jury przyznający Złotą Palmę Drzewu Życia, krytykując natrętne, biblijne moralizatorstwo reżysera, niezrozumiały fragment o narodzinach życia na ziemi i wszechobecny w filmie patos na pograniczu kiczu wzmocniony monumentalną muzyką i ciągłym, niemalże nawiedzonym, szeptem bohaterów.

Ja przed tym werdyktem chylę czoła.

Drzewo Życia, przeniosło mnie na chwilę do czasów mojego dzieciństwa, do chwil pozornej beztroski, do momentów poznawania świata, do pierwszych poważnych wyborów. Drzewo Życia sprawiło, że zatrzymałem się na sekundę by spojrzeć wstecz i zastanowić się, co sprawiło, że jestem taki jaki jestem. Jakie wydarzenia ukształtowały moją moralność, jakie zdarzenia ukształtowały moje Ja.
Terrence Malick stoi po przeciwnej stronie współczesnego kina realizmu, które każdą historię stara się opowiedzieć dosłownie, na pograniczu paradokumentu, bez zbędnej ornamentyki. Opowieść Malicka pozbawiona metafizyki obroniłaby się z pewnością jako historia rodziny z problemami, byłaby wówczas jedynie - albo aż - kolejnym filmem ukazującym ludzką kondycję przez pryzmat jednostki. Drzewo Życia to jednak pod każdym względem bardziej przemyślany koncept.

To nie jest najlepszy film Terrence'a Malicka. Bez wątpienia jest to jednak jego najodważniejszy film i z pewnością - dla niego - najważniejszy. Gdy obejrzałem Drzewo Życia naszła mnie smutna konkluzja, że po śmierci Stanleya Kubricka i jego 2001: Odysei Kosmicznej, jedynie Terrence Malick jest na tyle odważny a może i szalony by porwać się na zrobienie filmu, który nie tylko zadaje ale też stara się odpowiedzieć na pytanie o przyczyny i sens naszego - mojego - istnienia we wszechświecie.

czwartek, 26 maja 2011

The Witcher 2

W dwójkę jeszcze nie miałem przyjemności.

Jedynkę, przeszedłem z rozkoszą jakiś rok po premierze w wersji z już usuniętymi wszystkim błędami.

Z różnych recenzji Wiedźmina 2 poskładać sobie można obraz nieco podobny do jedynki - rewelacyjna fabuła, świetna grafika i kapitalny świat, presja czasu oraz ograniczone środki wpłynęły jednak na to, że gra nie jest stabilna na każdym sprzęcie, co w takim wypadku często się zdarza. Spokojne więc odczekam aż wyjdzie wersja patcha 1.3 i wtedy przymierzę się do dwójki.

The Witcher 2 to kapitalna akcja marketingowa: Triss na okładce i rozkładówce Playboya, Wiedźmin w Przekroju i stacjach telewizyjnych a dodatkowo czując koniunkturę Super Nowa wznowiła wydanie wiedźmińskiej sagi. Zyska na tym również z pewnością Andrzej Sapkowski, który wreszcie i poza naszym krajem zajmie należne mu miejsce w panteonie pisarzy Fanatsy.

Dzisiaj w swej historycznie napompowanej mentalności Polaka zachwycam się wynikami sprzedaży Witchera 2 w pierwszym tygodniu: 166 tys sztuk w samej Europie. CD Projekt połknął i wypluł nosem Dragon Age 2 (54 tys) i Mass Effect'a 2 (45 tys) porównując jedynie popularne tytuły gier z dwójką w nazwie.

Aż boję się pomyśleć co będzie jak ogłoszą, że wyjdą wersje na XBOXa i PS3...

Nazwa The Witcher staje się na naszych oczach światową marką i naszym najlepszym współczesnym produktem eksportowym. Pomyśleć tylko, że sam Sapkowski na takie tłumaczenie kręcił nosem upierając się przy swoim The Hexer...

czwartek, 28 kwietnia 2011

Northen Lights

Prawdopodobnie najpiękniejszy ze wszystkich Cudów Świata znajduje się na Północy, w miejscu zwanym Krainą Zórz Polarnych.

Na zrobienie tego filmu Ole Christian Salomonsen poświecił 6 miesięcy swojego życia, wykonując 50,000 zdjęć. Szacun Kolego!


In The Land Of The Northern Lights from Ole Christian Salomonsen on Vimeo.