czwartek, 8 października 2009

Sisters...

Ufff.... Dawno tutaj nie zaglądałem. Pracowite dni i czasu cholernie mało, dlatego będzie krótko lecz treściwie.

Proudly present Martunia and Marysia: The Sisters ;)

wtorek, 1 września 2009

D-Day

Dzisiaj wielkie wydarzenie w naszej rodzinie...

I bynajmniej nie chodzi mi o rocznicę wybuchu II Wojny Światowej ani o przemówienie goszczącego z tej okazji w Polsce premiera Putina.

Dzisiaj Marta poszła pierwszy raz do przedszkola :)

W sumie to już najwyższa pora żeby przemądrzała dzikuska wyszła do ludzi i zaczęła się porozumiewać z kimś w swoim wieku.

Nastawienie Marty: Niezwykle pozytywne. Od dwóch tygodni w domu w nic innego niż 'w przedszkole' nie chciała się bawić. Przy tym zabawa była tak intensywna, że powoli zaczęliśmy współczuć zarówno dzieciakom z grupy Marty jak i jej wychowawczyni.

Nastawienie Rodziców: W związku z powyższym a także dogłębną znajomością prawdziwej natury naszego szkraba nieco mniej entuzjastyczne. Prawdę mówiąc to pełne obaw. Z jednej strony nieco więcej czasu w domu by zająć się Marysią i bezcenna dla każdego malucha możliwość obcowania z rówieśnikami (skutecznie odebrana nam po przeprowadzce - żeby dojść do najbliższego placu zabaw trzeba było wziąć ze sobą suchy prowiant na conajmniej trzy dni), a z drugiej strony niepokój o to czy ktoś nad tym żywiołem zapanuje.

Zapanował.
Wrażenia Marty z pierwszego dnia bezcenne:

- Marta no i jak było w przedszkolu?
- Fajnie.
- A co robiłaś?
- Nic. Pani mi przytrzasnęła palec drzwiami.



Powyżej Marta w swoim rowerowym wcieleniu, sierpień 2009.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Lód


Z Lodem Jacka Dukaja jest jak niemal z każdą jego powieścią. Przez pierwsze siedem, osiem stron zgrzytam zębami pod naporem nowych pojęć, słów i nazwisk; Przecieram oczy z trudnością wpatrując się w prawdopodobnie najmniejszą na świecie czcionkę; Chwilami zmuszam się by powrócić do wcześniejszego akapitu aby zrozumieć sens dialogu bądź - jak to u Jacka bywa - rozbudowanego zdania. Czasami nawet odkładam Dukaja na półkę, niech poczeka na mój lepszy dzień.

Lód czekał na swój dzień siedem miesięcy. O trzy mniej niż wcześniejsze Inne Pieśni i pięć mniej niż Czarne Oceany (przy tym progresie dostrzegam pewną szansę, na przeczytanie następnej powieści zaraz po przyniesieniu z księgarni). Tym razem Dukaj na pierwszych stronach wymalował swoim piórem skutą lodem Warszawę trzeciej dekady XX w. pod rosyjskim panowaniem z całym inwentarzem rosyjskich nazw, nazwisk i słów (Bogu dzięki, że nie zdecydował się ich pisać cyrylicą bo pewnie przeszło mu to przez myśl) a głównym bohaterem powieści uczynił kontestującego arystotelowską logikę polskiego matematyka. I choć przebrnąłem dopiero przez niecałe sto pięćdziesiąt stron tej liczącej ich ponad tysiąc bukwy a Benedykt Gierosławski jest dopiero na samym początku swej podróży na Syberię to znów zgrzytam zębami.

Zgrzytam zębami z zazdrością niespełnionego grafomana, który chyli czoła przed literackim kunsztem Dukaja; Przecieram oczy ze zdumieniem wgłębiając się w misternie skonstruowany świat wielowymiarowej logiki, polityki i - nade wszystko - Lodu; Chwilami zmuszam się by powrócić do fenomenalnego akapitu w którym mister Dragan okazuje się być Nikolą Teslą. I tylko jedna rzecz w tym zakończeniu różnić się będzie od wstępu: Z pewnością nie zamierzam odkładać Dukaja na półkę przez następne kilka dni.