niedziela, 29 stycznia 2012

The Tree of Life

Pamiętam smak niedojrzałych papierówek zerwanych z cudzego ogródka, pamiętam bicie serca tuż przed przeskoczeniem przez płot, pamiętam szalony śmiech podczas ucieczki.

Pamiętam cygaro, które ktoś podprowadził ojcu, cygaro nie mające końca, cygaro którego nie daliśmy rady wypalić w czwórkę.

Pamiętam cztery tygodnie wagarów, cztery tygodnie radości i strachu przed jutrem. Pamiętam dzień, w którym już wiedzieli, pamiętam, że nie chciałem wrócić domu lecz wrócić musiałem. 

Pamiętam moment, w którym chłopak dostał ataku padaczki. Moment zamrożenia, moment przerażenia, moment ulgi, kiedy ktoś obrócił go na bok, włożył patyk do ust i pobiegł po pomoc. Moment wstydu, że to nie ja pomogłem.

Pamiętam drzewo, które rosło obok harcówki, drzewo na które można było wejść tylko skacząc z poręczy pobliskich schodów. Drzewo, na które nigdy nie wolno mi było się wspinać. Pamiętam strach przed wyznaniem jak to się stało, pamiętam szpital, pamiętam gips. 

Pamiętam dręczące mnie poczucie winy, po papierówkach, po cygarze, po wagarach, po ataku, po drzewie.

Dobrych chwil nie pamiętam. Nie dlatego, że ich nie było, raczej dlatego, że było ich tak wiele. Że były codziennością.

Te złe, też już właściwie zapomniałem. Nie myślę o nich, nie zastanawiam się na nimi, nie mam poczucia winy. A teraz, gdy tak je tutaj wymieniam, nawet się do siebie uśmiecham, na ich wspomnienie.

Dzieciństwo - pień Drzewa Życia, po którym wspinając się, uczę się rozpoznawać co dobre i co złe, pytam dlaczego i po co. Wybieram gałąź, którą podążam. Ale czy to na pewno mój wybór? Jak mocno determinuje mnie rodzina, wiara, przekonania? Jak mocno oplatają mnie moje korzenie?
Terrence'a Malicka - Drzewo Życia, to film cholernie osobisty. Film, w którym wraca do Waco lat 50-tych, do wspomnień o swoim ojcu i matce, do wspomnień o swoich braciach, do chwil szczęśliwości i smutku, do chwil radości i strachu, do pytań, które wówczas zadawał, a na które nigdy nie dostał odpowiedzi. Film o dorastaniu z Bogiem i obok Boga, film o poznawaniu dobra i zła, film o czasie, który płynie w przód jak wartka rzeka nie licząc się z nikim i niczym, film o tym jak miłość ma blisko do nienawiści i o tym, że wszystko ma swój początek i swój koniec. Mam wrażenie, że to również film, w którym Malick rozlicza się ze swoją przeszłością. Film, w którym oddaje hołd bratu, który odebrał sobie życie. Film, w którym Malick stara się tą śmierć zrozumieć i wybaczyć - bratu, rodzicom bądź sobie.

Drzewo Życia to zarówno symbol rodziny (drzewo genealogiczne), symbol przedstawiający pokrewieństwo wszystkich organizmów żywych na Ziemi (drzewo filogenetyczne) jak i symbol mistyczny występujący w każdej mitologii i religii świata: biblijne - Rajskie Drzewo, nordyckie - Yggdrasil, żydowskie - Drzewo Seforot. Malick z rozmysłem łączy w swoim filmie te znaczenia wplatając w rodzinną historię obrazy narodzin pierwszych form życia na Ziemi niczym z naukowych filmów przyrodniczych, tłumacząc swojemu bohaterowi, że nie musi wybierać pomiędzy drogą łaski lub natury lecz, że drogi te są ze sobą nierozerwalnie splątane. Drzewo życia to symbol łączący naukę i wiarę.

Drzewo życia to jak zawsze w wypadku filmów Terrence'a Malicka prawdziwe arcydzieło pod względem wizualnym (zdjęcia tym razem autorstwa Emmanuela Lubezkiego). Tutaj znów każde ujęcie jest perfekcyjnie skomponowane a każda scena nakręcona podczas 'złotej godziny', gdy światło zachodzącego słońca staje się nie tylko elementem dekoracji ale też często najważniejszym jej aktorem.
Wszystkie ujęcia z okresu dzieciństwa głównego bohatera, filmowane są z dołu, z wysokości dziecka, często kamerą z ręki, co daje wrażenie uczestnictwa w historii. Wiele kadrów i ujęć odnaleźć można we wcześniejszych dziełach reżysera -  spacer aleją w otoczeniu drzew tak jak w Badlands, kłosy traw jak Days of Heaven i Thin Red Line, monumentalne zbliżenia na twarze jak we wszystkich filmach Malicka. Chóralna i fortepianowa muzyka poważna dopełnia dzieła.

Część widzów podczas pokazu w Cannes wygwizdała werdykt jury przyznający Złotą Palmę Drzewu Życia, krytykując natrętne, biblijne moralizatorstwo reżysera, niezrozumiały fragment o narodzinach życia na ziemi i wszechobecny w filmie patos na pograniczu kiczu wzmocniony monumentalną muzyką i ciągłym, niemalże nawiedzonym, szeptem bohaterów.

Ja przed tym werdyktem chylę czoła.

Drzewo Życia, przeniosło mnie na chwilę do czasów mojego dzieciństwa, do chwil pozornej beztroski, do momentów poznawania świata, do pierwszych poważnych wyborów. Drzewo Życia sprawiło, że zatrzymałem się na sekundę by spojrzeć wstecz i zastanowić się, co sprawiło, że jestem taki jaki jestem. Jakie wydarzenia ukształtowały moją moralność, jakie zdarzenia ukształtowały moje Ja.
Terrence Malick stoi po przeciwnej stronie współczesnego kina realizmu, które każdą historię stara się opowiedzieć dosłownie, na pograniczu paradokumentu, bez zbędnej ornamentyki. Opowieść Malicka pozbawiona metafizyki obroniłaby się z pewnością jako historia rodziny z problemami, byłaby wówczas jedynie - albo aż - kolejnym filmem ukazującym ludzką kondycję przez pryzmat jednostki. Drzewo Życia to jednak pod każdym względem bardziej przemyślany koncept.

To nie jest najlepszy film Terrence'a Malicka. Bez wątpienia jest to jednak jego najodważniejszy film i z pewnością - dla niego - najważniejszy. Gdy obejrzałem Drzewo Życia naszła mnie smutna konkluzja, że po śmierci Stanleya Kubricka i jego 2001: Odysei Kosmicznej, jedynie Terrence Malick jest na tyle odważny a może i szalony by porwać się na zrobienie filmu, który nie tylko zadaje ale też stara się odpowiedzieć na pytanie o przyczyny i sens naszego - mojego - istnienia we wszechświecie.

sobota, 7 stycznia 2012

W poszukiwaniu Wielkiego Muru Chińskiego

Punktualnie o siódmej siedzieliśmy w skórzanych fotelach hotelowego lobby czekając na naszego przewodnika. Z zaciekawieniem obserwowaliśmy przy tym czworo recepcjonistów - dwie młode dziewczyny i dwóch jeszcze młodszych chłopaków - których praca polegała na potwornym nudzeniu się, przerywanym okazjonalnym odbieraniem telefonu. Nieprzypadkowo użyłem tutaj liczby pojedynczej - cała czwórka korzystała wyłącznie z jednego aparatu telefonicznego. Najciekawszy był moment w którym telefon dzwonił. Wszyscy na wyścigi ruszali w jego kierunku, a na twarzy osoby, która jako pierwsza dopadła słuchawki malował się wyraz tryumfu, co oglądaliśmy z rosnącą fascynacją. Dopiero kilka dni później zrozumieliśmy, że tam gdzie w Europie zatrudnia się jedną osobę, w Chinach - z różnych powodów - pracują cztery.
Wielki Mur Chiński - widok z zewnątrz.
 Po blisko dwudziestu minutach oczekiwania zauważyliśmy wchodzącego do holu mężczyznę z ogromną komórką w ręku, który nerwowo rozglądał się wokół. Gdy tylko przecięły się linie naszego wzroku, Chińczyk natychmiast uśmiechnął się od ucha do ucha i ruszył w naszym kierunku. Podając nam dłoń na przywitanie bardziej stwierdził niż zapytał.
- Forbidden City.
Przecząco pokręciliśmy głowami. Mężczyzna zaskoczony raz jeszcze spojrzał nam w oczy, tym razem wyraźniej intonując pytanie.
- Forbidden City?
- No - stanowczo zaprzeczyliśmy, znów kręcąc głowami.
Chińczyk zmarkotniał, jednak po chwili ponownie uśmiechnął się wskazując na swoją komórkę. Szybko wybrał numer, wystrzelił do aparatu kilka słów w mandaryńskim i podał mi słuchawkę. Miły damski głos w telefonie nie do końca zaskoczył mnie swoim pytaniem.
- Fobridden City?
- No! - niemalże krzyknąłem do aparatu powstrzymując wzrokiem Darka od kręcenia głową - The Great Wall of China.
- Sorry. Only Forbidden City - damski głos nie był już tak uprzejmy a sekundę później rozłączył się.
To jedna z najważniejszych atrakcji turystycznych.
 Mężczyzna szybkim ruchem odebrał mi komórkę i bez pożegnania przeszedł do drugiej części hotelu ponownie nerwowo rozglądając się wokół, tym razem jednak bez cienia uśmiechu na twarzy. Zaczęliśmy się odrobinę niepokoić. Przewodnik, który miał nas zabrać pod ściany Wielkiego Muru Chińskiego miał już ponad pół godziny spóźnienia. Próba ustalenia dlaczego go jeszcze nie ma polegała na ochoczym potakiwaniu całej czwórki recepcjonistów, którzy wysłuchali w pełnym skupieniu mojego pytania. Wszyscy jednak władali językiem angielskim w takim stopniu w jakim ja władam mandaryńskim, stąd też ta jakże pouczająca konwersacja nie zbliżyła nas ani na milimetr do sedna problemu.

Zmuszeni byliśmy sięgnąć po nasze ostateczne rozwiązanie - telefon do przyjaciela. W tym wypadku - przyjaciółki, która była naszym osobistym tłumaczem i która odbierała telefony od nas niezależnie od tego czy była to godzina siódma trzydzieści rano czy trzecia w nocy (ten telefon o trzeciej to jednak zdecydowanie materiał na zupełnie inną opowieść). Rozpoczął się znany nam już rytuał. Kilka zdań w angielskim do słuchawki. Słuchawka do Chińczyka. Kilka zdań po chińsku. Słuchawka do mnie a w niej kilka zdań w angielskim. Po kilku minutach takiej zabawy dowiedzieliśmy się, że nasz przewodnik będzie po nas punkt ósma. Mając przed sobą dobre dwadzieścia minut oczekiwania zdecydowaliśmy się na krótki rekonesans po okolicy. Gdy wróciliśmy na do holu - punkt ósma - okazało się, że nasz przewodnik, a właściwie przewodniczka nerwowo przebierając nogami, czeka na nas już od dobrych piętnastu minut...
Wielki Mur Chiński - widok "z wewnątrz"
Kierowca naszego mini-busa nosił na plecach pomarańczowy podkoszulek w siateczkę, na nosie nieco za duże podróbki Ray-Banów rodem z Top-Gun a na stopach niebieskie, gumowe klapki. Całości obrazu dopełniał nieodłączny papieros. Śmiało mogę powiedzieć zresztą, mimo tego, że zadymione czasy PRLu nie są mi obce, że papierosy były dla nas, pierwszym szokiem kulturowym, którego doświadczyliśmy w Chinach. W Chinach, w których możesz palić dosłownie wszędzie. Na lotnisku i na dworcu, na ulicy i w restauracji, w hotelowym holu i w hotelowej windzie. Dopiero po wejściu do pokoju, dosłownie zamarłem z wrażenia, widząc z daleka charakterystyczny znak zakazu palenia. Zamarłem, jednak tylko na kilka sekund. Tyle bowiem zajęło mi podejście pod tabliczkę, na której widniał angielski napis: "Please, do not smoke in your bed." Jak widać zatem, w Chinach palić można wszędzie i wydaje mi się, że z przywileju tego skrzętnie korzystają całe dwa miliardy Chińczyków.

Po wejściu do mini-busa ucieszyliśmy się na widok klimatyzatora, nasza radość jedna okazała się przedwczesna. Przecież o ósmej rano w Pekinie jest zaledwie trzydzieści stopni. Otwarte okno kierowcy w zupełności wystarczy. Przekrzykując odgłosy ruchu drogowego nasza przewodniczka już na samym wstępie wyłożyła twarde reguły gry - cena, którą zapłaciliśmy za dowóz pod Chiński Mur obejmowała transport w obie strony, bilet wejściowy oraz lunch w oryginalnej chińskiej restauracji. Nie obejmowała za to napiwku dla przewodniczki i kierowcy, który na słowo "driver" odwrócił się i uśmiechnął od ucha do ucha nie wyjmując papierosa z ust. Zresztą Chińczycy nie potrafią się inaczej uśmiechać niż od ucha do ucha. W życiu nie widziałem tak fałszywie szczerych uśmiechów.
Jedna z wartowniczych odnóg Muru Chińskiego


Z mozołem przedzieraliśmy się w kierunku autostrady przez zatłoczone ulice Pekinu, na których nie obowiązują przepisy ruchu drogowego a jedynie znane od zarania dziejów "prawo silniejszego". Jeżeli jedziesz rowerem lub motorowerem musisz ustąpić wszystkim. Jeśli jedziesz samochodem osobowym ustępujesz wszystkim poza rowerami. Nasz bus był trzeci w tym łańcuchu - ustępował jedynie większym autobusom i ciężarówkom. Wymalowane na jezdni pasy ruchu ani kolory świateł sygnalizatorów drogowych nie biorą udziału w określaniu zasad ruchu drogowego. W sytuacjach spornych kierowca sygnalizuje swoje pierwszeństwo za pomocą klaksonu. Najbardziej przerąbane w tym całym cyrku mają piesi, ostatni w tym łańcuchu, którzy przez ulicę przebiegają nierzadko mamrocząc pod nosem modlitwy.

Przewodniczka monotonnym głosem raczyła nas historyjkami o mijanych budowlach i miejscach, co wespół z dokuczającym upałem i pierwszymi symptomami dziesięciogodzinnej podróży przez kilka stref czasowych spowodowało, że zapadłem w drzemkę, z której wyrwało mnie nagle nic innego jak tylko głośno wypowiedziane.
- ...Forbidden City?
- Pardon? - wymamrotałem zaskoczony.
- Have you already visited Forbidden City? - przewodniczka powtórzyła pytanie z uśmiechem, tak, tak, od ucha do ucha.

To było jak klątwa. Kolejny raz utknęliśmy w korku, tym razem tuż obok Zakazanego Miasta. Miasta, które już odwiedziliśmy dzień wcześniej, obchodząc je wzdłuż i wszerz. Niestety, nawet nasza głośna odpowiedź "Yes!" nie powstrzymała jej od opowiedzenia nam historii tego cesarskiego miasta pałaców. Z czystym sumieniem mogłem zatem zapaść w sen.
Jeden z ogrodów przy Wielkim Murze Chińskim
Wreszcie, po niemalże dwóch godzinach jazdy w towarzystwie sympatycznej pary Australijczyków, którzy dosiedli się do nas po drodze, dotarliśmy do Badaling, gdzie znajduje się blisko pięciokilometrowy odcinek Wielkiego Muru. To najlepiej odrestaurowany fragment tej fortyfikacji, co sprawia, że jest też najczęściej odwiedzanym przez turystów. Daleko mu do dzikich fragmentów, na których od setek lat nie stanęła ludzka stopa. Wspinając się na mury mieliśmy okazję podziwiać wszystkie aspekty ludzkiej przedsiębiorczości, począwszy od koszulek z nadrukowanym, kiczowatym zdjęciem Great Wall of China, replikami słynnej Terakotowej Armii czy też ceramiką udającą nie mniej sławną Porcelanę z Dynastii Ming. Wszystkich pobił jednak bezzębny właściciel biednego osła, który wciągnął go na teren Wielkiego Muru i oferował rodzicom możliwość zrobienia zdjęcia dziecku na zwierzęciu. Nie skorzystaliśmy.

Chińczycy mawiają, że nie możesz być prawdziwym mężczyzną jeśli nie wszedłeś na Wielki Mur Chiński. Nam, mimo ciążącej nad nami klątwy "Forbidden City", udało się. Stojąc na schodach Wielkiego Muru, skąd rozpościera się widok na ciągnącą się w dal nić tysiącletniej, kamiennej fortyfikacji, pnącej się szczytami niezdobytych gór, zrozumiałem genezę tego powiedzenia - nawet najmężniejszy wojownik, który stanął w tym samym miejscu musiał zdać sobie sprawę jak niewiele znaczy w obliczu nieskończoności.