wtorek, 21 września 2010
poniedziałek, 13 września 2010
Essential Killing
Przez szeroko rozumiane media przewaliła się ostatnio nawałnica informacji o sukcesie najnowszego filmu Jerzego Skolimowskiego na festiwalu w Wenecji. I choć Specjalne wyróżnienie Jury to nie Złoty czy Srebrny Lew to niewątpliwe jest to ogromny sukces polskiego reżysera. Sam Skolimowski ze stosownym dystansem podszedł do festiwalowych wydarzeń a odbierając nagrodę dla najlepszego aktora w imieniu Vincenta Gallo stwierdził:
"Jestem pewien, że chciałby podziękować swojemu reżyserowi - Jerzemu Skolimowskiemu, autorowi scenariusza - Jerzemu Skolimowskiemu i producentowi, który znalazł pieniądze na jego gażę - Jerzemu Skolimowskiemu."
W rozmowie z Donatą Sobutko rezyser przyznał, że obawiał się o szanse swojego filmu z powodu osoby tegorocznego przewodniczącego jury, którym był Qunetin Tarantino, który "jak większość ludzi nie znosi Vincenta Gallo".
Poniżej oficjalny zwiastun a także efekt pracy znanej już nie tylko na naszym krajowym podwórku firmy od efektów specjalnych Platige Image.
"Jestem pewien, że chciałby podziękować swojemu reżyserowi - Jerzemu Skolimowskiemu, autorowi scenariusza - Jerzemu Skolimowskiemu i producentowi, który znalazł pieniądze na jego gażę - Jerzemu Skolimowskiemu."
W rozmowie z Donatą Sobutko rezyser przyznał, że obawiał się o szanse swojego filmu z powodu osoby tegorocznego przewodniczącego jury, którym był Qunetin Tarantino, który "jak większość ludzi nie znosi Vincenta Gallo".
Poniżej oficjalny zwiastun a także efekt pracy znanej już nie tylko na naszym krajowym podwórku firmy od efektów specjalnych Platige Image.
sobota, 21 sierpnia 2010
"Las Moment"
Chociaż przymierzaliśmy się do kolejnego wypadu w góry niemalże od pierwszych dni po powrocie z urlopu, dopiero dzisiaj, na szybko zdecydowaliśmy się na wyjazd w Beskid Śląski. Nasz wybór padł na Ustroń skąd chcieliśmy się wspiąć w towarzystwie naszych dzieciaków na Czantorię. Już na miejscu okazało się, że nagle podjęta decyzja to prawdziwe 'Las Moment', jak głosiły ogłoszenia w ustrońskim biurze turystycznym, którego nazwę łaskawie przemilczę. Jednak zrobienia foty, nawet telefonem odmówić sobie nie mogłem.
Będąc w szoku, zastanawiałem się nawet początkowo czy to nie jest przypadkiem nazwa własna jak nie przymierzając 'Las Palmas', jednak wisząca obok identyczna oferta 'Las Moment' z wczasami na Chorwacji zdecydowanie przerwała ten tok myślenia. W desperacji, kombinowałem, że może chodzi o jakąś mega ofertę wyprzedażową i jej hasło reklamowe 'Las Monet', jednak po dokładnym przeliterowaniu upewniłem się, że i tak nie jest. Rozbawieni ruszyliśmy z miasta w kierunku wejścia na szlak i ledwie uszliśmy kilka metrów gdy z głośnika zamontowanego domowym sposobem na dachu sprowadzonego zza zachodniej granicy VW Golfa huknął na nas 'Największy pokaz gadów egzotycznych. Legwany! Warany! Wenże'.
Nie wiedzieć dlaczego nie skusiliśmy się, a po kilkunastu minutach uciążliwego marszu stanęliśmy u progu niebieskiego szlaku, który w tak kontrastującej z hałasem centrum Ustronia ciszy, miał nas doprowadzić do szczytu Czantorii. Miłą dla oka i obiektywu kaskadę wodną tuż na początku leśnej części szlaku wzięliśmy za dobry omen wyprawy, co rzeczywistość dosyć szybko zweryfikowała.
Blisko siedmiokilometrowe podejście o dużym nachyleniu, bez jednego choćby nawet płaskiego fragmentu, z 11-to kilogramowym maluchem w nosidełku na plecach i 18-to kilogramową czterolatką, która po podejściu pierwszych pięciuset metrów stwierdziła, że już ją nogi bolą (choć jak czas pokazał mężnie dotarła o własnych siłach na sam szczyt) dało nam nieźle w kość. Wymyślanie sposobów zabawiania Marty i dokarmiania Marysi (jak miała co gryźć, to nie miała jak ryczeć) skutecznie umilało nam czas. Przy okazji przerywanego częstymi odpoczynkami podejścia udało mi się zweryfikować jeden z odwiecznych problemów fotografii: Jak Mama trzyma aparat, to wszyscy potulnie patrzą w obiektyw...
...natomiast, gdy aparat jest w rękach Ojca, to mimo nawoływań po imieniu, nazwisku, udawaniu psa, kota, ptaszka bądź małpy nikt - poza mocno zszokowanymi, przechodzącymi obok turystyami - nie jest zainteresowany spojrzeniem w kierunku fotografującego.
Dlatego też, co widać na jednym z powyższych zdjęć zdecydowałem się, zamienić swój sprzęt na aparat Hello Kitty, który dzięki wymiennym panelom przednim i różowym kolorze zawsze skupi wzrok fotografowanego na obiektywie.
I chociaż cała wyprawa była prawdziwym wyzwaniem przynajmniej dla mojego organizmu to nasza wspinaczka zakończyła się koniec końców całkiem sympatycznie, bowiem na szczycie Czantorii czekała na nas wieża widokowa a z niej urokliwy rzut oka na Ustroń......
oraz dalszą część beskidzkiego pasma górskiego.
Zejście zaplanowaliśmy w iście szatański sposób, skorzystaliśmy bowiem z wynalazku w postaci kolejki linowej na Czantorię, co spowodowało, że na kilka minut nasze dzieci zamurowało. Niestety, w okolicy piątego słupa nośnego ku naszej rozpaczy, mowa im wróciła, dlatego też do domu wróciliśmy otoczeni radosnym, dziecięcym gwarem.
Będąc w szoku, zastanawiałem się nawet początkowo czy to nie jest przypadkiem nazwa własna jak nie przymierzając 'Las Palmas', jednak wisząca obok identyczna oferta 'Las Moment' z wczasami na Chorwacji zdecydowanie przerwała ten tok myślenia. W desperacji, kombinowałem, że może chodzi o jakąś mega ofertę wyprzedażową i jej hasło reklamowe 'Las Monet', jednak po dokładnym przeliterowaniu upewniłem się, że i tak nie jest. Rozbawieni ruszyliśmy z miasta w kierunku wejścia na szlak i ledwie uszliśmy kilka metrów gdy z głośnika zamontowanego domowym sposobem na dachu sprowadzonego zza zachodniej granicy VW Golfa huknął na nas 'Największy pokaz gadów egzotycznych. Legwany! Warany! Wenże'. Nie wiedzieć dlaczego nie skusiliśmy się, a po kilkunastu minutach uciążliwego marszu stanęliśmy u progu niebieskiego szlaku, który w tak kontrastującej z hałasem centrum Ustronia ciszy, miał nas doprowadzić do szczytu Czantorii. Miłą dla oka i obiektywu kaskadę wodną tuż na początku leśnej części szlaku wzięliśmy za dobry omen wyprawy, co rzeczywistość dosyć szybko zweryfikowała.
Blisko siedmiokilometrowe podejście o dużym nachyleniu, bez jednego choćby nawet płaskiego fragmentu, z 11-to kilogramowym maluchem w nosidełku na plecach i 18-to kilogramową czterolatką, która po podejściu pierwszych pięciuset metrów stwierdziła, że już ją nogi bolą (choć jak czas pokazał mężnie dotarła o własnych siłach na sam szczyt) dało nam nieźle w kość. Wymyślanie sposobów zabawiania Marty i dokarmiania Marysi (jak miała co gryźć, to nie miała jak ryczeć) skutecznie umilało nam czas. Przy okazji przerywanego częstymi odpoczynkami podejścia udało mi się zweryfikować jeden z odwiecznych problemów fotografii: Jak Mama trzyma aparat, to wszyscy potulnie patrzą w obiektyw...
...natomiast, gdy aparat jest w rękach Ojca, to mimo nawoływań po imieniu, nazwisku, udawaniu psa, kota, ptaszka bądź małpy nikt - poza mocno zszokowanymi, przechodzącymi obok turystyami - nie jest zainteresowany spojrzeniem w kierunku fotografującego.
Dlatego też, co widać na jednym z powyższych zdjęć zdecydowałem się, zamienić swój sprzęt na aparat Hello Kitty, który dzięki wymiennym panelom przednim i różowym kolorze zawsze skupi wzrok fotografowanego na obiektywie.I chociaż cała wyprawa była prawdziwym wyzwaniem przynajmniej dla mojego organizmu to nasza wspinaczka zakończyła się koniec końców całkiem sympatycznie, bowiem na szczycie Czantorii czekała na nas wieża widokowa a z niej urokliwy rzut oka na Ustroń......
oraz dalszą część beskidzkiego pasma górskiego.
Zejście zaplanowaliśmy w iście szatański sposób, skorzystaliśmy bowiem z wynalazku w postaci kolejki linowej na Czantorię, co spowodowało, że na kilka minut nasze dzieci zamurowało. Niestety, w okolicy piątego słupa nośnego ku naszej rozpaczy, mowa im wróciła, dlatego też do domu wróciliśmy otoczeni radosnym, dziecięcym gwarem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)