Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tatry wysokie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tatry wysokie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 4 lipca 2023
Tatry
Etykiety:
2023,
dzieciaki,
fotografia,
fotografia krajobrazowa,
pleso,
potoka,
słowacja,
strbske pleso,
studeneho,
szczyrbskie jezioro,
tatry,
tatry wysokie,
vodopady,
wakacje,
wodospady
niedziela, 25 maja 2014
Wszędzie.
Wracam na chwilę do tego chłodnego kwietniowego poranka, do tych kilku godzin kiedy samotnie przemierzałem dolinę Pięciu Stawów Spiskich w poszukiwaniu intrygujących kadrów. Brnąłem przed siebie po twardym, zmrożonym śniegu zadziwiająco lekko, niemal nie zostawiając za sobą śladów. Wpatrywałem się w poszarpaną topografię mając wrażenie, że na przekór mojej wadzie, mój wzrok wyostrza się. Wyglądałem wysokich wierchów, najwyższych groni i szczytów, na które już za kilka chwil paść miały pierwsze słoneczne promienie, widziałem górskie kominy, rynny i żleby naznaczone śladami nieprzewidywalnych lawin, dostrzegałem leżące w kotlinie potężne diorytowe głazy, przyglądałem się zastygłym w śniegu śladom nart, raków i kozic. Zatraciłem się w tym pełnym detali pustkowiu, po to tylko, by w końcu zdać sobie sprawę, że nie wiem gdzie jestem. Że jestem nigdzie. Że jestem wszędzie.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Po drugiej stronie lustra
Wspinaczka nie była dla mnie celem samym w sobie. Raczej już, ścieżką prowadzącą na drugą stronę lustra codzienności. Do konkretnego miejsca, wprost w konkretną chwilę. Po to, by utrwalić tą jakże przedziwną geografię.
Fotografowanie, jest dla mnie czymś więcej niż banalnym skupianiem fotonów na delikatnej powierzchni światłoczułego materiału. To niemalże mistyczny proces osamotnienia, podczas którego niczym niepokorny demiurg formuję świat. Przez krótką chwilę, ułamek sekundy zaledwie, zamrażam czas. Zamrażam historię.
I choć tym razem, natura była dla mnie zdecydowanie zbyt łaskawa, bezchmurne niebo jest bowiem przekleństwem każdego pejzażysty, to przez trzy długie godziny poranka w całkowitej samotności, bezwstydnie przyglądałem się krajobrazowi po drugiej stronie lustra.
Fotografowanie, jest dla mnie czymś więcej niż banalnym skupianiem fotonów na delikatnej powierzchni światłoczułego materiału. To niemalże mistyczny proces osamotnienia, podczas którego niczym niepokorny demiurg formuję świat. Przez krótką chwilę, ułamek sekundy zaledwie, zamrażam czas. Zamrażam historię.
I choć tym razem, natura była dla mnie zdecydowanie zbyt łaskawa, bezchmurne niebo jest bowiem przekleństwem każdego pejzażysty, to przez trzy długie godziny poranka w całkowitej samotności, bezwstydnie przyglądałem się krajobrazowi po drugiej stronie lustra.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Into thin air
Odwracam się chcąc sprawdzić jaki odcinek już przeszedłem, zapominając, że w śnieżnobiałych górach nie sposób poprawnie ocenić odległości. To, co początkowo jawi się być blisko, za sprawą czarcich sztuczek i na przekór fizyce, oddala się podczas podchodzenia. Tym razem kilkaset metrów poniżej widzę sylwetkę chaty, w której nocowaliśmy i kolejny już dzisiaj raz, mimo zmęczenia, głębokim wdechem składam hołd świeżemu, górskiemu powietrzu. Mimowolnie wzdrygam się na wspomnienie kompaktowego pokoiku wypełnionego w znaczącej części dwoma trzypiętrowymi łóżkami, w którym pięciu facetów po nocach uparcie suszy przepocone skarpety i kalesony.
Wspinam się zacienioną i dzięki temu wciąż jeszcze zmrożoną częścią szlaku. Raki swobodnie wbijają się w śnieg, mógłbym nawet zaryzykować, że maszeruje się całkiem przyjemnie, gdyby nie rosnące z każdym kolejnym krokiem nachylenie trasy. Z wysiłku zaczyna zasychać mi w gardle. Wówczas nie mam jeszcze bladego pojęcia, że cztery godziny później będę bardzo poważnie zastanawiać się nad jedzeniem śniegu, po to tylko by zaspokoić pragnienie.
Dzielimy się na dwie drużyny. Pierwsza wjedzie na szczyt oblodzoną ścianą, w sposób taternicki. Druga, ze mną w składzie, wejdzie klasyczną i znacznie łatwiejszą, zimową drogą przez przełęcz. Rozpoczynam mozolne podejście stromym grzbietem. Po kilku minutach wspinaczki, gdy nachylenie nieznośnie rośnie, i kiedy już z trudem łapię nie tylko oddech ale i równowagę, mój organizm przechodzi w tryb, w którym znacznie mają najprostsze czynności. Wdech, wbicie czekana, prawa noga, lewa noga, wydech. Wdech, czekan, noga, noga, wydech. Nic więcej. Absolutna pustka w głowie. Byle do przodu, byle w górę.
Pierwszym uczuciem, które dopada mnie, gdy po godzinie zbliżam się wreszcie do grani jest ulga. Chwilę później przychodzi radość. Stopniowo wyłania się przede mną najwyższy punkt grani. Jeszcze tylko kilka kroków i staję na wąskiej ścieżce, wiodącej wzdłuż spadających blisko 400 metrów w dół ścian. Wtedy znienacka nadchodzi strach. Momentalnie dopada mnie całkowicie niespodziewany lęk przestrzeni, szczególnie zaskakujący dla kogoś, kto dwadzieścia pięć lat temu biegał po dachach dziesięciopiętrowych bloków rozciągając kable nielegalnej sieci. Mimowolnie drętwieją mi wszystkie mięśnie i potrzebuję dobrych kilkudziesięciu sekund by rozluźnić je na tyle by zdjąć plecak i wyjąć aparat.
W nagrodę nadchodzi cisza. Cisza absolutna. Taka, jakiej nie sposób doświadczyć nigdzie indziej. Cisza która zachwyca. Cisza, która koi. Cisza, która odrobinę przeraża. W nagrodę nadchodzi horyzont. Horyzont, który onieśmiela. Horyzont, który powoduje, że czuję jaką pieprzoną, mikroskopijną i nieważną, cząstką świata jestem. W nagrodę nadchodzi błoga samotność.
Samotność, która sprawia, że wraz z Hornbeinem zastanawiam się, czy nie przeszedłem całej tej długiej drogi tylko po to, by zrozumieć, że szukałem czegoś, co zostawiłem za sobą...
Postscriptum
Autor jest w pełni świadomy różnic między wielomiesięczną wspinaczką na Mount Everest, a kilkugodzinnym podejściem na Baranie Rogi w Tatrach Wysokich, nawet jeśli ma to miejsce zimą. Potrafi także, wyobrazić sobie różnice logistyczne, tlenowo-wysiłkowe i przede wszystkim mentalne pomiędzy wspomnianymi powyżej wyzwaniami. Nie mógł jednak sobie odmówić zatytułowania tego wpisu tak a nie inaczej, za co grzecznie prosi pana Jona Krakauera o wybaczenie.
By być całkowicie szczerym ze swoim czytelnikiem autor wspomnieć musi także, że siedząc na grani, oprócz słów Thomasa Hornbeina przyszły mu do głowy różne "złote myśli" autorstwa Paulo Coehlo, których jednak w tekście nie wymienił, by nie zszargać sobie opinii ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)