Niedziela. Pobudka o 2:30. Ledwo zwlekam się z łóżka dziękując w myślach, że to nie zima i że nie muszę odśnieżać samochodu. Na chwilę mrozi mnie dźwięk przychodzącego SMSa, ale tym razem PKP dojedzie, jedynie spóźni się 10 minut. Jak zwykle, już na dworcu okazuje się, że Bartek musiał na mnie czekać bo pociąg odrobił te 10 minut na trasie.
Wjeżdżamy na Mikołowską ze zdumieniem przecierając oczy na widok gościa, żwawo maszerującego chodnikiem o 3:40 rano w samych slipach. Widać, że w Katowicach potrafią się bawić! Zresztą okolice aresztu zawsze były najbardziej rozrywkową częścią tego miasta. Oczywiście aparaty leżą zamknięte w bagażniku, wtedy kiedy najbardziej by się przydały.
Droga upływa nam na dyskusjach nie tyle 'czy' ale 'kiedy' zacznie lać. Znając naszego pecha obstawiałem, że zaraz po dojechaniu na miejsce i wyjściu z samochodu. Zbliżając się do celu wszystko zdawało się potwierdzać moją hipotezę. Wprost nad ruinami zamku w Olsztynie ciemne chmury i walące raz za razem pioruny. Parkujemy na parkingu pod zamkiem niechcący płosząc jakąś parkę w samochodzie.
Ruiny zamku pięknie oświetlone. Reflektory walą z taką mocą, że na miejscu trzeba mrużyć oczy i strasznie się nagimnastykować by świateł nie mieć w kadrze. Bartek na skałkach pomyka jak kozica, ja staram się nie zabić oddychając z wysiłku rękawami. Każdy kombinuje jak tu wykadrować zamek by uniknąć w tle architektury wątpliwej urody. Powoli wstaje słońce...